Nowa Zelandia

Wykupując bilet lotniczy do Australii, myślę, że warto przy okazji nieco rozszerzyć podróż o Nową Zelandię. Dopłata do biletu z Sydney na przykład do Christchurch na Wyspie Południowej lub Auckland na Wyspie Północnej jest naprawdę symboliczna. Powrót do Polski z Nowej Zelandii z przesiadkami w krajach azjatyckich kosztuje w sumie tyle samo, co z dużych miast wschodniego wybrzeża Australii. Dla mnie, dodatkową motywacją do odwiedzenia NZ są oczywiście najwyższe drogi tego najbardziej odległego od Polski kraju oraz najbardziej stroma ulica Świata znajdująca się w mieście Dunedin. Poza tym, NZ należy do jednych z najpiękniejszych i najmniej zanieczyszczonych krajów Świata. Wiele parków narodowych, lodowców i wysokich szczytów powyżej 3000m n.p.m. to główne wizytówki Nowej Zelandii.

Najwyższe drogi i przełęcze Nowej Zelandii na Wyspie Południowej w Alpach Południowych:
– Porter’s Pass 939m
– Porter Heights 1995m
– Arthur’s Pass 740m
– Mount Hutt 2190m
– Mount Dobson 2018m
– Crown Range 1121m
– Cardrona 1894m
– The Remarkables 1730m

Baldwin Street w Dunedin – najbardziej stroma ulica Świata
Slope Point – najbardziej na południe wysunięty punkt Wyspy Południowej.

Relacja z Nowej Zelandii :

15.05 Sydney – Christchurch
0km
Lotnisko zostało otwarte o godzinie 3:00 w nocy. Mogłem wejść do środka, ogrzać się, skorzystać z toalety i trochę przespać na fotelu do masażu na żetony. Tuż po 6:00 w terminalu otwarto stanowiska do odprawy, którą przeszedłem bez kłopotów. Standardowe lotniskowe procedury czyli znalezienie terminalu, odprawa Check-In, ważenie i oddanie torby z rowerem na stanowisku Over Size, kontrola osobista, bagażu podręcznego oraz znalezienie odpowiedniej bramki do odlotu. Mój lot z Sydney do Nowej Zelandii trwał tylko trzy godziny i popołudniu wylądowałem w Christchurch na Wyspie Południowej w najbardziej oddalonym od Polski kraju. Podczas lotu do NZ, każdy z pasazerroy otrzymuje kartę migracyjną, w której trzeba zaznaczyć co wwozi się do kraju. Ja zaznaczyłem rower i sprzęt campingowy. Na lotnisku, pracownik odpowiedzialny za Biosecurity, bardzo chciał zobaczyć rower i namiot. Okazało się, że namiot był jeszcze trochę mokry i to go zaniepokoiło. Zabrał mi namiot na mycie i suszenie za co w sumie byłem mu naprawdę wdzięczny 🙂 A tak poważnie to chodziło mu pewnie o jakieś muszki i larwy na punkcie których mają fioła zarówno w Australii, na Tasmanii, jak i NZ. W Christchurch pogoda mocno przeciętna poza tym, że było nawet ciepło. Całkowite zachmurzenie, duża wilgotność i możliwość opadów deszczu.
Podchodząc do lądowania, z okna samolotu widziałem dużo gór i wody, a to gwarancja fantastycznych krajobrazów. Ponowne pakowanie i złożenie roweru zajęło mi prawie godzinę. Ponieważ na lotnisku w Sydney nie działało WiFi, w Christchurch na ostatnią chwilę musiałem szukać spania. Niestety tym razem się nie udało, więc po zakupach, wyjechałem z miasta i rozglądałem się za noclegiem. Po 17:00 zaczynało się ściemniać więc, nie mając większego wyboru zjechałem na parking pełen kontenerów z ciężarówek i w jednym z nich spędziłem noc. Lepiej spać w suchym kontenerze, niż w mokrym namiocie. Jedynym minusem były samoloty, które pod wieczór i rano niewyobrażalnie hałasowały.

16.05 Christchurch – Arthura Pass
116km, 5-16°C
Noc spokojna, ponieważ samoloty miały przerwę w lataniu do 6:00 rano. Poza tym byłem suchy oraz wyspany i z tych powodów byłem najbardziej zadowolony. Poranek bardzo mglisty, widoczność na 100 metrów aż do godziny 9:00. Potem się nieco przejaśniło, a nawet przez chwilę widziałem trochę błękitu. Kolejne godziny nieco bardziej deszczowe, ale za to popołudnie i wieczór z przejaśnieniami. W Nowej Zelandii mam jeszcze mniej czasu na jazdę ponieważ dzień jest krótszy o prawie godzinę w porównaniu do Australii. Słońce wschodzi około 7:30 i zachodzi o 17:15. Różnica czasu pomiędzy NZ i Polską wynosi 10 godzin. W południe dojechałem do miasteczka Sheffield i zatrzymałem się ma kawę i ciasto w jedynej w mieście cukierni. Potem wjechałem na swoją pierwszą przełęcz w Nowej Zelandii na Porter’s Pass o wysokości 939 metrów n.p.m. Tylko ostatnie dwa kilometry trochę bardziej strome, pozostała część podjazdu bardzo łatwa. 11km dalej spodziewałem się niewielkiego miasteczka. Okazało się, że Castle Hill Village to same górskie rezydencje i nie ma tu nawet małej restauracji czy sklepu. No, ale okolica naprawdę atrakcyjna. Dookoła wspaniałe widoki na góry i skały na Castle Hill. Za wioską zacząłem rozglądać się za spaniem i zastanawiałem się, czy czasami nie szukać czegoś pod dachem. Wcześniej na parkingach było kilka zadaszonych miejsc piknikowych. Nie mając większego wyboru, wprosilłem się do owiec na ogromną polanę, licząc na bezdeszczową noc.

17.05 Castle Hill – Lake Lyndon
111km, 2-15°C
Wieczorem oglądałem gwiazdy, a już kilka godzin później słyszałem, jak o namiot uderzają krople deszczu. Tym razem woda nie wyrządziła mi większych szkód i nie zmoczyła zbytnio. Poranek bardzo zimny, naubierałem na siebie wszystko co miałem, a i tak zmarzłem. Dopiero kilka godzin później zdołałem się rozgrzać. Pół dnia zajął mi wjazd na przełęcz Arthur’s Pass, a drugie pół powrót za wioskę Castle Hill. Na trasie sporo podjazdów i zjazdów, ale sama przełęcz bardzo łatwa do zdobycia. Na przełęczy znajduje się małe miasteczko oraz dworzec kolejowy, ponieważ tutaj przebiega także linia kolejowa łącząca oba wybrzeża wyspy. Chwilę po tym jak wjechałem na przełęcz zaczęło przelotnie padać. Schowałem się do restauracji, gdzie zamówiłem kawę, kupiłem ciastka oraz kanapkę. Poprosiłem też o kubek gorącej wody, w którym zrobiłem sobie budyń. Kilka opakowań wożę ze sobą od początku wyprawy. Kiedy się zagrzałem i przestało padać zacząłem zjazd. Poniżej było już zdecydowanie cieplej i o wiele przyjemniej. Widoki ośnieżonych szczytów powyżej 2000 metrów były niesamowite. Przypominały mi się obrazy z Alp, Norwegii i Islandii. Pod wieczór dojechałem do Jeziora Lyndon, które znajduje się pod przełęczą Porter’s Pass. Pamiętałem, że stoi tu wiata pod którą można rozbić namiot. W ten sposób miałem ochronę przed deszczem i wiatrem przez całą noc. Trochę blisko jeziora i drogi, ale i tak dobre miejsce na spanie. Jutro szykuje się ciężki dzień…

18.05 Lake Lyndon – Methven
115km, 4-16°C
W nocy nie padało, ale za to mocno wiało. Musiałem aż przestawić namiot pod wiatą, aby tak nie trzęsło nim kolejne kilka godzin do rana. Poranek nawet przyjemny, jednak nadal bardzo wietrzny. Pierwsze 20km miałem dziś szutrowe. Przejechałem skrótem do sąsiedniej doliny przy jeziorze Coleridge. Szybko i sprawnie mi to poszło, ponieważ było płasko lub nieco w dół. Widoki jeziora w dole i wąskiej wstęgi rzeki pod wysokimi górami naprawdę niesamowite. Cały dzień mogłem podziwiać piękne krajobrazy na trasie. Ponieważ kończyło mi się jedzenie, liczyłem na jakieś zakupy w wiosce Windwhistle, niestety na stacji paliw było w sumie tylko paliwo, a na kawę i chleb nie miałem co liczyć. W sakwach miałem tylko dżem i masło orzechowe. Pracownik powiedział mi, że większe sklepy znajdują się dopiero w mieście Methven. Kupiłem tylko czekoladę i ruszyłem dalej w kierunku dzisiejszego celu, jakim była jedna z najwyższych dróg w Nowej Zelandii. Pod szczytem Mount Hutt znajduje się ośrodek narciarski do którego prowadzi droga szutrowa na wysokość ponad 1600m n.p.m. Podjazd zacząłem dopiero na chwilę przed południem, zastanawiając się, czy w ogóle uda mi się wjechać tak wysoko. Wysokie drogi lubię atakować z samego rana, jednak tym razem plan dnia ułożył się nieco inaczej. Od głównego skrzyżowania do stacji narciarskiej jest 16km, tylko pierwsze 2km prowadzą asfaltem, dalej jest już szuter i kamienie. W miarę łatwa droga jest do czwartego kilometra. Wyżej nachylenie rośnie do 8-10% i musiałem się mocno napocić z moją szosową korbą i sakwami. Co gorsza napęd w rowerze jest już na skraju zużycia. Na bardziej stromych podjazdach, kiedy muszę mocniej naciskać na pedały, łańcuch przeskakuje na zębatkach, skutecznie spowalniając mnie i deprymując. Chwilami więc, musiałem podchodzić z rowerem czego naprawdę nieznoszę. Po przejechanych ponad 9400km nie ma się co dziwić, że napęd, opony czy klocki hamulcowe zużywają się, to osprzęt, który przeważnie wymienia się znacznie szybciej. Im wyżej podjeżdżałem, tym coraz rozleglejsze widoki miałem na dole. Wydawało mi się, że widać było nawet linię brzegową i ocean. W linii prostej to tylko 65km. Powyżej 1400 metrów na drodze zaczął pojawiać się śnieg i lód, a w zacienionych odcinkach nawet małe zaspy. Nieco powyżej 1600 metrów n.p.m znajduje się ośrodek narciarski Mount Hutt Ski Area, który przygotowuje się już do sezonu narciarskiego ruszającego na początku czerwca. Na tej wysokości było tylko parę stopni, więc zrobiłem kilka zdjęć i zacząłem zjazd ubrany we wszystkie możliwe ciuchy. Głód doprowadził mnie do miasta Methven, gdzie znajdują się dwa większe sklepy. Kupiłem tylko chleb i ciastka. Jutro dojadę do jeszcze większego miasta Ashburton, gdzie jest najtańszy z możliwych supermarket w NZ. Spanie za oborą z sianem w namiocie, niedaleko drogi, kawałek za Methven.

19.05 Methven – Fairlie
119km, 4-18°C
W nocy trochę kropiło, a rano było wilgotno i mgliście. To wystarczyło żeby musiał pakować mokry namiot do pokrowca. W miarę szybko dojechałem do miasta Ashburton, gdzie zrobiłem większe zakupy w supermarkecie i godzinną przerwę na kawę i WiFi w McD. Od południa do po piętnastej było nawet przyjemnie ciepło. Mogłem zdjąć kurtkę, drugie grube skarpety, a rękawiczki zmienić z zimowych na cienkie z długimi palcami. Przez cały dzień dla odmiany było płasko, tylko pod koniec dnia pomiędzy miastami Geraldine i Fairlie było kilka pagórków. Tym razem z noclegiem mi się bardzo poszczęściło. Przed miastem Fairlie wjechałem na posesję w której stał opuszczony dom, co widać było z daleka. Okazało się, że to stare miejsce spotkań lokalnej społeczności zwane tutaj „community hall”. Drzwi były otwarte, w środku było nawet czysto. Wprawdzie w kuchni chował się jeden szczur, a pod dachem para gołębi, mi jednak to wcale nie przeszkadzało. Cieszyłem sie, że mam spanie pod dachem, gdzie będzie sucho i o kilka stopni cieplej niż na zewnątrz. W środku, na starej drewnianej podłodze i tak rozbiłem namiot, który nawet szybko przesechł. W namiocie miałem kolejne kilka stopni cieplej, więc tej nocy zmarznąć nie powinienem.

20.05 Fairlie – Pukaki
108km, 3-15°C
Jedna z najprzyjemniejszych nocy w Nowej Zelandii. Pierwszy raz nie zmarzłem, wszystko mam suche i nawet od razu się przebrałem rano w ciuchy rowerowe. Z reguły gdy jest zimno, pierwsze kilka kilometrów jadę w tym, w czym spałem, nakładając jeszcze na to kurtkę, czapkę, rękawiczki, itp..W nocy tylko trochę szczur halasował w kuchni, chyba dlatego, że go tam zamknąłem. W nocy nie padało, rano też zapowiadało się ładnie. Niestety przed południem zmoczył mnie krótki deszcz i to zaraz po tym jak wyjechałem z miasteczka Fairlie. W Fairlie zrobiłem zakupy, trafiłem nawet na promocje słodyczy. Chciałem zjeść swoje śniadanie i kupić kawę, ale wszystko było jeszcze pozamykane. Z Fairlie wjechałem na przełęcz Burkes Pass na wysokość 709 metrów. Niespodziewałem się tej przełęczy, więc tymbardziej byłem zadowolony, że wpadnie jeszcze jedna zdobycz. Po krótkim deszczu, który nawet mocno mnie zmoczył, chwilę suszyłem się przy skrzyżowaniu, skąd prowadzi droga na Mount Dobson. Droga ta miała być jednym z celów podróży, jednak ze względu na zimę panującą w już górach i mój zużyty napęd nie mam się już co zapędzać tak wysoko. Przed przełęczą Burkes Pass leży mała wioska o tej samej nazwie. Znajduje się tu kościół Św. Patryka, który jest jednym z najstarszych w Nowej Zelandii. Zaraz po tym jak przejechałem przełęcz, pogoda znów się popsuła. Tym razem zaciągnęło się bardziej. Kolejne dwadzieścia kilometrów goniłem ile sił w nogach, aby dojechać do miasteczka Lake Tekapo nad jeziorem o tej samej nazwie. Dojechałem nieco wychłodzony i mokry. Poza deszczem, większym problemem był huraganowy i szkwałowy wiatr, który nie pozwalał się rozpędzić. Silne uderzenia podmuchów miotały rowerem i ciężko było utrzymać prosty tor jazdy. W restauracji zamówiłem kawę i pizzę hawajską. Obok stołu przy którym siadłem był mały grzejnik, więc rozłożyłem na nim mokre rzeczy. Po godzinnej przerwie przestało padać, a rzeczy wyschły. Szkoda, że nie trafiłem w lepszą pogodę w tym miejscu. Kolor jeziora był naprawę niesamowity. PrY promieniach słońca byłby pewnie jeszcze większy efekt. Mając wykręcone tylko 65km na ostatnie dwie godziny jazdy ponownie zabrałem siły, aby przełamać setkę. Wiatr się uspokoił i zmienił kierunek na boczny. Nawet szczęśliwie trafił mi się łatwy odcinek drogi na którym się było wielu podjazdów, tylko płasko lub lekko w dół. Deszcz tylko popadywał chwilami, ale mimo wszystko nawet trochę buty przemokły. Była chyba nawet mała szansa na dojechanie do kolejnej wioski Pukaki, ale schowałem się w niewielkim lesie jakieś 6km od Pukaki. Przy resztkach dziennego światła dostrzegłem błękit jeziora Lake Pukaki, za którym znajduje się najwyższy szczyt Nowej Zelandii – Mount Cook. Liczę, że rano uda mi się zobaczyć tą górę. Drugiej szansy mieć nie będę. Po tym jak rozbiłem namiot trochę się przepogodziło, wyjrzał księżyc i parę gwiazd. Od strony jeziora natomiast parę razy się błysło i zagrzmiało. Przy Mount Cook zapewne jakaś większa burza.

21.05 Pukaki – Tarras
127km, 2-13°C
W nocy bardzo wiało, ale nawet fajnie schowałem się pomiędzy świerkami i prawie nie trzęsło namiotem. Trochę też padało, lecz obyło się bez dodatkowych mokrych rzeczy. I tak po wczorajszym popołudniu miałem wilgotną czapkę, rękawiczki, bluzę i buty. Suszenie ubrań podczas jazdy na sobie przy temperaturze kilku stopni nie jest niczym przyjemnym. Do południa jednak wszystko miałem już suche. Zaraz po tym jak ruszyłem w trasę wzeszło słońce, które oświetliło ośnieżone pasmo górskie za jeziorem Pukaki. W tym momencie widoki były naprawdę niesamowite. Wszystkie deszczowe, mokre i zimne chwile wczoraj i w nocy zostały od razu wynagrodzone. Wydaje mi sie, że nawet udało mi się pstryknąć najlepsze zdjęcie wyprawy 😀 Za jeziorem Pukaki dojechałem do miast Twizel i Omarama. W obu zrobiłem krótką przerwę na posiłek. Za Omarama zaczął się podjazd do przełęczy Lindis Pass na wysokość prawie 1000 metrów n.p.m. To jedna z najwyższych przełęczy asfaltowych w NZ, jeśli wszysko dobrze się ułoży to jutro wjadę na najwyższą. Podjazd długi, ale bardzo łatwy. Najniższego biegu użyłem dopiero na ostatnim kilometrze. Powyżej przełęczy wszystkie zbocza były już ośnieżone, a na drodze w okolicach przełęczy zalegało trochę lodu i zrobiło się nieco niebezpiecznie na zjeździe. Chciałem zjechać jak najbliżej kolejnej wioski lub nawet do niej. Zabrakło mi tylko kilka kilometrów. Niestety we wszystkich lampkach rowerowych powysiadały już baterie, więc nocne jazdy odpadają, a na tydzień przed końcem wyprawy nie chcę wydawać fortuny na nowe. Chciałem się schować pod jakimś dachem z namiotem w obawie przed deszczem, ale nic w okolicy mię było, więc pozostały drzewa na skraju pola. Jeszcze o 9:00 zastanawiałem się, czy uda mi się wykręcić 100km, a po 16:00 już miałem ponad setkę. Za przełęczą poza jednym małym podjazdem było sporo w dół z wiatrem w plecy. Odrobiłem na tym odcinku sporo kilometrów.