Relacja

1-2.03, przeloty

Godzinny lot z Wrocławia do Frankfurtu Bombardierem CRJ900 szybko zleciał. Na lotnisku we Wrocławiu okazało się, że zapomniałem powiadomić linie lotnicze o tym, że będę miał ze sobą rower. Nie ważne, że waga kartonu była mniejsza od dopuszczalnego limitu. Pracownik lotniska na odprawie postraszył mnie, że karton może się nie zmieścić i polecieć następnym lotem. Z okna terminalu widziałem jednak, jak karton wjeżdża po taśmie do luku bagażowego w samolocie, więc problem uważam za niezaistniały. We Frankfurcie miałem godzinną przesiadkę na kolejny lot do Singapuru. Drugą, najdłuższą i najdalszą część podróży do Singapuru leciałem ogromnym Airbusem A380-800 z dwoma pokładami. W samolocie była nawet możliwość połączenia z WiFi za opłatą od 9€/h. Ten wielki Airbus leciał na wysokości prawie 12000m n.p.m. z prędkością około 1000km/h. Przelot z Frankfurtu trwał prawie 11h na dystansie niecałych 11000 km. Na lotnisku w Singapurze trochę czasu zajęło mi znalezienie odpowiedniego terminalu i bramki. Najszybciej po lotnisku można poruszać się szynobusami zwanymi SkyBus. Lotnisko Shangi jest naprawdę ogromne, wydaje mi się, że nawet większe od tego we Frankfurcie nad Menem. Ostatni przelot z Singapuru do Perth trwał nieco ponad 4h. Lot Boeingiem B777-200 był jednak wygodniejszy, niż ogromnym Airbusem ponieważ miałem trochę więcej miejsca na wyprostowanie nóg. W Perth wylądowałem kilka minut przed północą drugiego marca. Linie singapurskie poza rybą i pyszną orientalną sałatką której większości składników nie znam serwują również lody, z którymi spotkałem się pierwszy raz podczas lotu 🙂 Cała podróż z Polski trwała ponad 20 godzin wliczając dojazd samochodem do lotniska we Wrocławiu.

3.03 Perth – Bakers Hill
144km, 9h24m, 15.3śr, 41.1max, 19-29°C

Od wyjścia z samolotu do opuszczenia lotniska odprawa i złożenie roweru zajęło mi tylko 50 minut. Na odprawie nie dostałem nawet pieczątki w paszporcie, wszystko odbyło się tak sprawnie. Pracownik imigracyjny nie poprosił mnie o numer e-wizy, a drugi nie zaprosił na przeszukanie bagażu pod kątem przemytu świeżej żywności z Polski. Inni podróżni z dużym bagażem byli dokładnie przeszukani, mnie to ominęło. Prosto z lotniska udałem się nad ocean aby zobaczyć wschód słońca i rozpocząć przygodę od zachodniego do wschodniego wybrzeża. Przy okazji przejechałam przez oświetlone centrum Perth w nocy, kiedy na ulicach nie było zbyt wielu mieszkańców. W poszukiwaniu dogodnego miejsca na wschód słońca, dojechałem to miasta Stirling, gdzie  znajduje się amfiteatr przy samej plaży. Po wschodzie słońca wróciłem z powrotem do Perth, gdzie tym razem już w dzień udało mi się zobaczyć kilka największych zabytków miasta. Urbanistom w ciekawy sposób udało się wkomponować zabytkowe budynki z IXX wieku z nowoczesnymi biurowcami górującymi nad miastem. Na pożegnanie z Perth odebrałem swoją przyczepkę Extrawheel od Magdy, która przechowała ją dla mnie przez jakiś czas. Dodatkowe kilogramy z tylu poczułem od razu w nogach, które już tak żwawo nie chciały kręcić na podjazdach. Parę godzin później przyszedł pierwszy kryzys, który zakończył się półgodzinną drzemką na ławce w parku. Mój organizm musi nie tylko przyzwyczaić się do zmiany czasu, ale też do codziennego wysiłku. Podczas jednej z krótkich przerw przy drodze, udało mi się dostrzec grupkę kangurów, która skakała sobie na łące około 300m ode mnie 🙂 Dzień zakończyłem po przejechaniu 144km w Bakers Hill na drodze 94. Spanie w namiocie przy informacji turystycznej.

4.03 Bakers Hill – Tammin
114km, 7h09m, 15.8śr, 38.4max, 19-32°C

W nocy dość mocno wiało, przez co kilka razy się przebudziłem ma chwilę. Wyspałem się jednak na tyle, że nie powinienem zasypiać podczas kręcenia jak wczoraj. Dobrze, że wczorajszy dzień zakończyłem na wzgórzu, miałem dzięki temu łatwy poranek na rozkręcenie się. Wciąż mam mały nieład w sakwach i pewnie minie jeszcze parę dni zanim wszystko samo się ułoży. Udało mi się za to wyregulować hamulce oraz przerzutkę i już nie dochodzą do mnie żadne niechciane hałasy. Jeszcze wczoraj nie narzekałem na jakąś mega upalną pogodę, jednak dziś po południu gorące powietrze i promienie słońca zaczęły mi trochę przeszkadzać. Zarówno wczoraj, jak i dziś jadę bardzo spokojnie, zachowawczo i bez zbędnego szarpania. Całe popołudnie przeszkadzał mi mocny wiatr z przodu. Gdyby nie wiatr pewnie wykręciłbym podobny dystans jak wczoraj, a tak tylko 114km. Nocleg w namiocie za stacją benzynową z miasteczku Tammin. Dzięki uprzejmości pracownicy stacji miałem możliwość wzięcia zimnego prysznica, a przy okazji zrobiłem małe pranie.

5.03 Tammin – Burracoppin
106km, 7h04m, 14.4śr, 25.6max, 21-34°C

Spanie za stacją benzynową wcale nie było takim dobrym pomysłem. Całą noc hałasowały ciężarówki, które co jakiś czas   tankowały lub parkowały na ogromnym parkingu obok stacji. Rano wstałem tuż przed świtem, aby zrobić jak najwięcej kilometrów zanim zrobi się gorąco. Niestety od samego początku silny wiatr mocno mnie spowalniał. Na dodatek zrobiło się bardzo gorąco, a ciepły wiatr wcale nie chłodził. W markecie kupiłem mocny krem w filtrem +50, który ukoił moje spalone już kolana i łydki. Dobrze, że jadę w cienkiej bluzie z długim rękawem, przynajmniej ręce oszczędzone. Jadę na wschód, więc słońca z przodu mam tylko do 10:00. Przez cały dzień kolorowe papugi siedzące na eukaliptusach strasznie skrzeczały na mój widok. Ale zarówno drzewa eukaliptusowe jak i papugi to dla mnie nowość. Drzewa mają niesamowitą korę w kolorze brązu, która dodatkowo błyszczy w promieniach słońca.  Papugi widziałem już w co najmniej czterech kolorach – czarne, żółte, zielone i białe. Ogólnie ciężki dzień z walką z wiatrem i kilometrami. Wg pogodynki wiało dziś 17km/h w twarz. Zasłużone i absolutne minimum czyli 106 km wykręcone. Nocleg na obrzeżach miasteczka, oczywiście w namiociku.

6.03 Burracoppin – Yellowdine
125km, 7h41m, 16.2śr, 31km/h max, 21-34°C

Dziś wstałem jeszcze wcześniej niż wczoraj aby wykręcić nieco więcej kilometrów. Wiatr nadal przeszkadza, ale z mniejszą siłą i chwilami nieco z boku. Pozwoliło mi to wykręcić 90km do 14:00. Dojechałem do miasta Southern Cross z myślą o zakupach i lodach na ochłodę. Niestety miasto okazało się o wiele mniejsze niż zakładałem, supermarket wcale taki super nie był, a ceny lodów kosmiczne. Zadowoliłem się zimnym mlekiem, które takie dobre jak polskie nie jest. Podoba mi się, że w każdym miasteczku jest toaleta publiczna. Często z nich korzystam na mycie, pranie i zwykle moczenie bluzy i kapelusza dla ochłody. Zwykle także stąd biorę wodę, która potem pije po przefiltrowaniu w butelce Watertogo. Przez pierwsze parę dni kupiłem zaledwie 1L wody i to tylko dlatego, żeby mieć dodatkową zbiornik na wodę. Po dwóch godzinach odpoczynku od upału opuściłem Southern Cross i do wieczora wykręciłem jeszcze 35km. Zatrzymałem się na stacji paliw Shell w miejscu zwanym Yellowdine. W sumie poza stacją i hotelem obok nic więcej tu nie ma. Skusiłem się na kawę i lody, które w przeliczeniu kosztowały 26zł. Jednak na stacji było darmowe WiFi, skorzystałem też ze zlewu z zimną wodą który spełnił rolę prysznica, a pracownik stacji zaproponował mi nocleg na małym patio za stacją. Jutro zapowiada się ciężki dzień, ponieważ znaki informują, że kolejne serwisy (stacja paliw, hotel, restauracja) dopiero za 158km w Coolgardie. Mam nadzieję, że uda mi się jednak znaleźć wodę po drodze. Na mapie jakieś kropki są….

7.03 Yellowdine – Coolgardie
164km, 9h43m, 16.8śr, 29.5max, 20-33°C

Niby fajne miejsce na spanie, jednak i tak zbyt blisko drogi. Ciężarówki niemiłosiernie hałasowały w nocy. Aby w miarę pospać trzeba oddalić się od drogi minimum 300 metrów. Pociągi drogowe nie dość że wielkie, to także o wiele głośniejsze od europejskich ciągników. Tuż przed wschodem słońca ruszyłem w drogą Great Eastern Highway numer 94, którą poruszam się od samego Perth. Wiatr podobny jak wczoraj, niezbyt silny, ale przeciwny. Zarówno wczoraj, jak i dziś nieco się wspinałem. Na jednym z niewielkich pojazdów osiągnąłem nawet 400m n.p.m. 😀 Nie dość, że płasko, to jeszcze proste coraz dłuższe. Czasami drogę na wprost widzę na kilka kilometrów do przodu. Eukaliptusowe drzewa niestety chyba pomału zanikają. Są coraz mniejsze i niższe, przez co trudniej jest mi znaleźć cień. Początkowo miałem świetną średnią powyżej 20km/h, jednak z czasem pomału słabłem, głównie ze względu na upał. Przez południem na jednym z parkingów spotkałem Piter’a z Kanady, który jechał na ultralekkim bikepack’owym rowerze z Sydney do Perth. Szczęściarz za parę dni będzie u celu. Jak sam mówił, dzięki sprzyjającemu wiatru osiąga średnie dzienne w okolicach 25km/h. Tymczasem mi do 14:00 udało się wykręcić 100km. W tym samym momencie skończyła mi się woda. Tak jak myślałem, pomiędzy Yellowdine a Coolgardie nie ma możliwości „zatankowania”. Do Coolgardie miałem jeszcze prawie 60km, więc musiałem sobie wodę zorganizować. Na jednym z parkingów zaczepiłem kierowcę pociągu drogowego, który ze 100 litrowego pojemnika napełnił mi bidony i butelkę. Przy okazji sam uzupełniłem niedobory wody, wypijając ponad litr jednym ciągiem. Nocleg planowałem w kropce na mapie o nazwie Bullabulling, jednak okazało się, że jest to historyczny zajazd dla kierowców, zamknięty od wielu lat i popadający w ruinę. Nawet parking nie był zachęcający, więc musiałem dojechać do Coolgardie. Z myślą o lodach i zimnym mleku dojechałem do miasta tuż po zmroku, czyli po 18:45. Niestety jedyny market był już zamknięty, więc udałem się na stacje paliw. Akurat w promocji Buy1+Get1 była kawa mrożona, która nieco wynagrodziła mi całodzienny wysiłek. Dzień zakończyłem z dystansem 164km, po prawie dziesięciu godzinach jazdy, z czego w sześciu w upale. Jutro wcześnie rano postaram się zrobić kilka zdjęć w miasteczku, które wciąż wygląda jak je wybudowano w IXX wieku. Przypominają mi się podobne amerykańskie osady, dzięki którym, również można było na chwilę przenieść się w czasie. Nocleg w namiocie za track parking obok stacji.

8.03 Coolgardie – Goldfields Highway
143km, 7h43m, 18.5śr, 39.9max, 18-33°C

W nocy znów głośno przez ciężarówki, w dodatku obudziła mnie mysz, która hałasowała wspinając się po moskitierze namiotu. Tutaj noce są na tyle ciepłe, że namiot zamykam tylko siatką z moskitierą. Księżyc świeci tak jasno, że widzę w nocy rower i to co się dzieje wokół namiotu. Jak zwykle przed wschodem, wstałem i złożyłem namiot. Przed dalszą jazdą zrobiłem rundkę Main Street w Coolgardie, aby zrobić kilka zdjęć historycznemu miasteczku w blasku pierwszych promieni słońca. Do następnego miasta, czyli Kalgoorlie miałem 40km. Do Kalgoorlie dojechałem chwilę przed 9:00. Szybko znalazłem duży supermarket, w którym ceny w końcu były znośne. Kupiłem chleb tostowy 1$, czekoladę 1$, kilka tuńczyków po 90 centów za puszkę oraz 2L lodów, które akurat były w promocji po 3.99$ z 50% rabatem. Siedząc w cieniu na ławce i rozkoszując się zimnym lodami zaczepiły mnie dwie kobiety z lokalnej gazety z pytaniem czy udzielę im małego wywiadu. Oczywiście zgodziłem się, było kilka pytań o moją podróż, parę zdjęć i wróciłem do zajadania się lodami. Oczywiście wszystkich nie zjadłem, ale ponad połowę pochłonąłem dość szybko. Z Kalgoorlie podjechałem do sąsiadującego miasta Boulder, obok którego znajduje się największa odkrywkowa kopalnie złota w Australii. Niestety punkt widokowy z którego można zajrzeć w głąb wielkiej dziury był zamknięty. Kopalnia potocznie nazywana jest „Super Pit”. W drodze powrotnej do Kalgoorlie zajechałem do McDonalda na zimną kawę i chwilę z WiFi. Następny McD w Alice Springs 🙂 Na wyjeździe z Kalgoorlie zakończyłem podróż drogą Great Eastern Highway i zmieniłem ją na Goldfields Highway. Przy okazji zmienił się kierunek jazdy na bardziej północny, a tym samym wiatr wiał już tylko z boku. 40km dalej zajechałem do tawerny Broad Arrow z ponad 120-letnią historią. Zadziwiające, że w tym miejscu w 1900 roku mieszkało 12000 ludzi, a teraz została tylko tawerna i dwa budynki. Razem z australijską gorączką złota, jak grzyby po deszczu powstawały kolejne osady tam, gdzie odkryto złoża złota. Do dziś kilka takich złóż jest wciąż eksploatowane na dużą skalę, czego przykładem jest właśnie Super Pit. W tawernie skusiłem się na hamburgera i dostałem tyle wody z lodem ile tylko chciałem 🙂 Przeczekałem największy upał i przed 17:00 ruszyłem dalej w stronę miasta Menzies, do którego dojadę dopiero jutro. Goldfields Highway od razu mi się spodobała z powodu dużo mniejszego natężenia ruchu od drogi Great Eastern. Po zachodzie słońca zrobiło się tak przyjemnie, że ponad 20km przejechałem po ciemku. Mogłem nawet jechać po właściwym pasie ruchu, który jest znacznie bardziej równy i mniej chropowaty od utwardzonego pobocza, którym z reguły się poruszam. W sumie po wczorajszym ciężkim dniu, dziś planowałem nieco mniejszy dystans, jednak na północ jechało mi się tak szybko, że niezła średnia pozwoliła na wykręcenie ponad 140km i aż 300km w dwa kolejne dni jazdy. Zmieniłem też plan na kolejne dni. Jutro dojadę do miasta Leonora, a pojutrze tylko stu-kilometrowy odcinek do Laverton, za którym czeka mnie wyzwanie w postaci Great Central Road. Nocleg w namiocie w buszu przy parkingu dla ciężarówek. Jeden z kierowców, który usłyszał moją historię przyniósł mi do namiotu dwa zimne piwa 😀 Z czymś takim się jeszcze nie spotkałem przez tyle lat wypraw, aby po kolacji, praktycznie na pustkowiu do namiotu dostarczono mi zimne piwo!! Takie rzeczy chyba tylko w Australii. Przy rozkładaniu namiotu musiałem się spieszyć ponieważ napadła mnie zgraja komarów.

9.03 Goldfields Highway – Leonora
162km, 8h37m, 18.8śr, 37.9max, 20-34°C

Aby nie posypał mi się plan na kolejne dni, musiałem dojechać do Leonory i zrobić większe zakupy. Po około 50km dojechałem do Menzies- kolejnego „ghost city” po byłej kopalni złota, w którym został tylko ratusz, hotel i kilka domków. Wypiłem kawę, skorzystałem z WiFi, odwiedziłem punkt informacyjny w którym dostałem mapę GCR oraz dowiedziałem się o potrzebie posiadania pozwolenia na wjazd na drogę GCR, które można uzyskać za darmo w centrum informacji w Laverton. Do Leonory dojechałem prawie o zmroku. Sklep był jeszcze otwarty, więc zdążyłem zrobić zakupy. Pewnie gdybym nie zdążył, rano czekał bym na ponowne otwarcie i miałbym poślizg. Wybór w sumie skromny, ale parę tanich rzeczy udało mi się kupić. Dużo puszek tuńczyka, ciastka, dwa chleby, tylko o dżemie zapomniałem, może się uda kupić w Laverton. Kupiłem też zimne mleko które wypiłem duszkiem,  napój izotoniczny w promocji oraz wodę gazowaną. W ten sposób doszły mi dwie kolejne butelki jako pojemniki na wodę na pustynną drogę. W Laverton dokupię jeszcze dwie aby mieć 10L. Myślę, że tyle powinno wystarczyć, chociaż tylko dziś wypiłem ponad 8L płynów i w ten sposób wyrównałem swój rekord nawadniania się z wyprawy przez pustynne regiony USA. Przydałaby mi się mała żabka na ramieniu, która by zjadała wszystkie muszki, muchy i komary, które dziś były wyjątkowo natrętne. Dystans dziś zacny, w końcu wiatr nie przeszkadzał. Zjechałem już z drogi Goldfields Highway i od jutra ponownie jazda głównie na wschód. Gdzie i jak śpię, już chyba nie muszę tłumaczyć, ale pocieszający jest fakt, że przez zaśnięciem na niebie zauważyłem częściowe zachmurzenie.

10.03 Leonora – Laverton
128km, 7h18m, 15.7śr, 21.1max, 19-33°C

Do Laverton udało mi się dojechać. Zmęczyłem się  bardziej niż wczoraj na dystansie o 30km dłuższym. Wiatr znów dał o sobie znać, chwilami na płaskich odcinkach jechałem z zawrotną prędkością 11-12km/h  🙁  Całe szczęście, że na niebie było dziś trochę chmurek to nieco odpocząłem od słońca. Na trasie mijałem wiele czynnych oraz już wyeksponowanych kopalń odkrywkowych złota i dużą kopalnię niklu. Nie dało się nie zauważyć jak bardzo Australia czerpie ze swoich złóż naturalnych. Wiele ogromnych hałd ziemi jakie dziś widziałem wzdłuż drogi robi wrażenie. Do Laverton zajechałem przed 17:00, ale jak to na wyprawach, dni tygodnia się nie liczy, a to błąd 😛 Aby wjechać na Great Central Road potrzebuję zdobyć Permit (pozwolenie), ponieważ droga przebiega przez terytorium Aborygenów. Niestety dziś sobota, więc centrum turystyczne, w którym mogę Permit otrzymać pracowało krócej. Podobnie ze sklepem. Centrum będzie czynne jutro od 9:00, a to 3h po tym jak zazwyczaj ruszam w trasę… Permit mogę jednak zdobyć on-line, i tak zrobiłem, ale muszę czekać, aż przyjdzie na e-maila… Jedzenia mam na jakieś 3-4 dni więc gdy otrzymam Permit raczej nie będzie mi się chciało czekać do poniedziałku na otwarcie sklepu. Na drodze GCR są małe miasta ze sklepami, fakt, że ceny pewnie sporo wyższe, ale na pustyni niestety trzeba się z tym liczyć. Tymczasem w Laverton w hotelu poprosiłem o możliwość ze skorzystania z WiFi i prysznica, oczywiście za opłatą i obie przyjemności dostałem za darmo 🙂 A jakby tego było mało, to na trasie dziś,  zatrzymał się kierowca Road Train, który widział mnie gdzieś przed Kalgoorlie i wręczył mi puszkę zimnego napoju 🙂 Prysznic połączyłem z praniem, które bardzo szybko wyschło. Przez WiFi udało mi się złożyć wniosek o Permit, zapłacić rachunek za wodę oraz napisać kolejnego posta. W podziękowaniu za wygody kupiłem sobie podobno dobre australijskie piwo lane za 10$. Było zimne, więc dobre 🙂 Zapytałem jeszcze menedżera hotelu, czy mogę spać na trawie w namiocie za dużym parkingiem na jego terenie i też nie miał nic przeciwko, więc z noclegiem też mi się w sumie udało. Pisząc relacje w namiocie, zerwała się mocna wichura, która rzucała namiotem na wszystkie strony. Jutro pogodynka zapowiada zachmurzenie przez cały dzień, więc warto by było ten fakt wykorzystać w trasie…

11.03 Laverton – Great Central Road
112km, 7h46m, 14.4śr, 30.9max, 18-30°C

Przez całą noc silny wiatr mocno rzucał namiotem i aluminiową blachą od ogrodzenia nieopodal, co skutecznie budziło mnie w nocy wiele razy. Rano postanowiłem zaczekać na otwarcie stacji paliw i informacji turystycznej. O 8:30 na stacji wypiłem kawę, zjadłem na ciepło małe ciasto z mięsem oraz zrobiłem zakupy. Drogi chleb, dżem, dwie puszki fasoli i makaron z wołowiną na szybko po dolaniu wrzątku. Punkt 9:00 byłem już w informacji po Permit, wypełnienie druku i wklepanie w system i wydruk dokumentu trwało 15 minut. W informacji napełniłem też wszystkie swoje butelki z wodą i ruszyłem w trasę. Asfaltowa droga skończyła się po kilkunastu kilometrach. Dalej przez następne prawie 1200km będę się poruszał tylko po szutrze. Początkowo zmiana nawierzchni sprawiała mi frajdę. Jednak po jakimś czasie utwardzony trakt zmienił się w trudną do przejechania grząską piaskownicę, przez co musiałem uważać, aby całkiem się nie zatrzymać. Jechałem przez to o wiele wolniej. Potem jechałem jeszcze po żwirku, nieco większych kamieniach oraz po całkiem równej, twardej skale, której nie powstydził by się najlepszy asfalt. W sumie przez cały dzień przejechało może ze dwadzieścia samochodów, z czego ponad połowa to Road Train. Od robotników równających drogę dostałem kilka butelek zimnej wody mniej więcej za połową dystansu. Obok drogi znalazłem kilka bardzo niedojrzałych arbuzów, zrobiłem zdjęcie „opancerzonego” jaszczura. Najlepsze jednak spotkało mnie na sam koniec dnia. Kiedy już zaczynałem się rozglądać za miejscem na nocleg zobaczyłem konia, a potem jeszcze dwa. Zaraz potem zauważyłem studnie z wodą, która przy pomocy wiatraka pompowała wodę do dużego baniaka. Z baniaka wystawał pręt, z którego leciała woda. Idealna na prysznic i napełnienie butelek. Mam nadzieję, że takich studni będzie więcej na trasie, w dużej mierze problem z wodą by się rozwiązał. Parę kilometrów dalej, Na zatoczce dla ciężarówek rozbiłem namiot. Szybka kolacja i pisanie relacji przed snem. Wkurza mnie, że od razu po rozbiciu namiotu muszę się w nim chować i zamykać, aby mnie nic nie użarło. Komary i muchy końskie tylko czekają na okazję, nie wspominając już o pajęczakach i innych wijących się. Dziś nawet nie było źle ponieważ, mogłem więcej odpocząć od słońca. Niebo było zachmurzone w większości przez cały dzień, a promienie przebijały się tylko na chwilę. Wiatr wiał mocno cały dzień, jednak nie rozpędzałem się dziś zbytnio, więc nie za bardzo miał jak mnie bardziej spowolnić. Planowałem przejechać drogę Great Central Road w 9-10 dni, jednak już po pierwszym etapie sądzę, że 10 dni jest bardziej realne. Droga ma równo 1188km, więc dziennie chciałem pokonywać dystans maksymalny do 130km, tak aby rozłożyć jeden dzień jazdy na dziesięć. Fakt, że rano wyjechałem ponad trzy godziny później, nie wydaje mi się żebym w następnych dniach odrabiał straty, szczególnie jeśli nawierzchnia będzie grząska lub żwirkowata.

12.03 Great Central Road
114km, 9h33m, 11.9śr!, 46.6max, 20-33°C

Zdaje się, że mój plan dziewięcio, a nawet dziesięciodniowego przejazdu przez GCR legł w gruzach. Po dzisiejszej walce z wiatrem, nawierzchnią i objazdami, tylko dzięki ostatnim dwóm niezłym godzinom jazdy udało mi się zrobić setkę z małym haczykiem. Od rana wiatr dawał z siebie więcej niż mógł, ale do tego już zdążyłem się przyzwyczaić, bo przecież tak mam od początku wyprawy. Najgorsza dziś była piaskowa nawierzchnia, na której straszliwie grzązłem, która bardzo spowalniała, wiele razy zatrzymywała, a raz nawet przewróciłem rower po nagłej utracie równowagi na zaspie. Jak by tego było mało, to na dzisiejszym odcinku miałem jeszcze dwa objazdy spowodowane przedwczorajszym deszczem. Jak mi powiedział pracownik robót drogowych deszczu nagle spadło ponad 40mm i stąd takie problemy z utrzymaniem przejezdności drogi. Co gorsza objazdy poprowadzone zostały nowo wytyczonymi śladami, po których także nie mogłem jechać. Przez kilka kilometrów musiałem więc pchać rower po piasku. Strasznie wyczerpujące zadanie w ponad trzydziestostopniowym upale i w towarzystwie natrętnych much. W ostatnie dwie godziny jazdy, nieco poprawiłem średnią, ponieważ zmieniłem kierunek jazdy na bardziej północy i wiatr zaczął trochę pomagać. Jutro liczę na jeszcze większą pomoc wiatru bo jeszcze bardziej skręcę na północ. Myślę, że pozostało mi jakieś 110km do Tjukayirla Roadhouse, w którym może uda się kupić coś do jedzenia, może skorzystać z WiFi i oczywiście zatankować wodę do pełna.

13.03 Great Central Road
136km, 9h18m, 14.6śr, 27.8max, 20-33°C

Nareszcie jakaś sensowna jazda. Wiatr prawie nie przeszkadzał, w piachu na drodze zakopałem się może tylko trzy razy, a biorąc pod uwagę dystans to odrobiłem kilka kilometrów strat z poprzednich dwóch dni. Średnia jak na szutrowy odcinek też całkiem niezła. Przez cały dzień minęły mnie tylko trzy samochody osobowe. Widziałem dziś więcej wielbłądów i papug niż ludzi. A tuż przed Tjukayirla nawet goniłem na drodze dwa wielbłądy, które bardzo długo mnie nie zauważyły. Niestety australijskie wielbłądy są bardzo dzikie i płochliwe. Jak tylko mnie zauważyły, poczłapały w busz tymi swoimi śmiesznymi ruchami. Rano jeszcze widziałem psa dingo, który przebiegł przez drogę jakieś 100 metrów przede mną. Nie zdążyłem jednak wyciągnąć aparatu aby go sfotografować. Koło południa pojawił się mały problem z brakiem wody, więc zmuszony byłem do picia deszczówki, która wciąż zalegała w wielkiej kałuży niedaleko drogi. Oczywiście piłem ją po przefiltrowaniu w butelce Watertogo. To była chyba najbardziej zanieczyszczona woda jaką do tej pory piłem po przefiltrowaniu.
Kilka litrów dostałem też od australijskiego turysty, który przemierzał kraj w terenówce i zatrzymał się na mój widok widząc moją ręką z bidonem w górze. Do Tjukayirla Roadhouse miałem równo 115km. To powstałe w 1994 roku miejsce obsługi podróżnych, w którym można zatankować paliwo, kupić kilka niezbędnych produktów oraz jeść posiłek w restauracji. Jest też motel i camping. Obok na drodze głównej znajduje się lądowisko dla służb medycznych. Ceny oczywiście adekwatne do miejsca oddalonego o ponad 300km od najbliższego miasta. Kupiłem tylko mleko, kawałek ciasta bananowego, zimną galaretkę z puddingiem oraz kawę. WiFi było dostępne, ale tylko za opłatą, gdzie najtańsza opcja 100MB do użycia w ciągu godziny kosztowało 10$. Poza tym i tak miałem dużo szczęścia, ponieważ Tjukayirla zamykali o 17:00, a ja się pojawiłem pół godziny wcześniej. Dobrze, że przynajmniej chwilę mogłem posiedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu. Obok restauracji była toaleta oraz kran z wodą pitną. Szybki prysznic, pranie, tankowanie wody i pojechałem dalej szukać miejsca do spania. Noclegu nie mogłem znaleźć dłuższą chwilę, w międzyczasie zrobiło się ciemno i chłodno. Mi jednak w koszulce z krótkimi rękawami, przy orkiestrze cykad i niebu pełnym gwiazd jechało się tak dobrze, że przejechałem jeszcze 20km. Dogodnego miejsca na rozbicie namiotu i tak nie znalazłem, więc rozbiłem się jakieś 10 metrów od drogi, gdzie ktoś kiedyś parkował auto raz czy dwa. Myślę, że w nocy nie przejedzie nawet jedno auto GCR. Do następnego „miasta” prawie 250km, dobrze by było rozłożyć to na dwa dni. Jazda w nocy po Great Central Road ma sens tylko wtedy, gdy trafi się w miarę utwardzona i równa nawierzchnia. Na piaskowym podłożu, gdzie trzymać się trzeba odpowiedniego pasa ruchu i mocno balansować, co i tak nie gwarantuje zakopania się, nawet z mocnym oświetleniem może być trudno.

14.03 Great Central Road
140km, 9h11m, 15.2śr, 29.2max, 20-34°C

Super dzień, biorąc pod uwagę kilometraż na szutrowej nawierzchni. Rano mocno wziąłem się do kręcenia aby jutro mieć jak najmniej kilometrów do Warburton. Opłaciło się. Wczoraj wieczorem zrobiłem 20km za Tjukayirla, a dziś rewelacyjne 140km, czyli do Warburton pozostało mi jakieś 90km. Do 17:00 kiedy zamykają sklep powinienem spokojnie zdążyć, nawet jeśli na trasie pojawią się jakieś trudności. Przed południem przy studni na wodę i basenie spotkałem robotnika drogowego. Okazało się, że przez następne kilkadziesiąt kilometrów są roboty drogowe i naprawa GCR. Studnia z której czerpana jest woda ma 120 metrów głębokości, a basen służy jako zbiornik wody, z której ciężarówki ją pobierają. Oczywiście sam też skorzystałem i napełniłem butelki zimną, świeżo wypompowaną z głębin wodą. Przez następne 20km byłem miło zaskoczony, ponieważ droga była wyasfaltowana. To znacznie przyspieszyło moją jazdę. Potem było trochę kręcenia się po objazdach, ale w sumie i tak wyszło na duży plus. Pod koniec utrudnień kierowca ciężarówki z wodą, który mijał mnie kilka razy polewając drogę, powiedział, żebym podjechał do ich obozu parę kilometrów dalej. Tam będę mógł odpocząć chwilę, zabrać wodę, wziąć prysznic. Podjechałem do obozu, w którym była masa ciężkiego sprzętu, parę ciężarówek, kilka domków kempingowych i coś co przypominało kuchnie z krzesłami i stołami na zewnątrz. Przez dłuższą chwilę nikogo nie widziałem, więc usiadłem przy stole w cieniu i odpoczywałem. Po chwili przyszedł pracownik który zdziwił się na mój widok. Zapytałem o wodę, a ten zabrał mnie do przyczepy kuchennej, gdzie napełniłem wszystkie butelki. Pracownik robił sobie kawę, więc i mi się dostało 🙂 Potem jeszcze dał mi mrożony chleb, sporo jednorazowych dżemików, lody ice-stick. Po chwili rozmowy o mojej podróży, zadowolony i wdzięczny za pomoc ruszyłem w dalszą drogę. Pytałem robotnika czy mają zamiar wyasfaltować całą GCR, odpowiedział, że takie plany są już od dawna, ponieważ dużo jest problemów z tą drogą, szczególnie przy większych opadach. Potem zauważyłem, że pomiędzy dżemami i miodem były również małe smakołyki australijskie Vegemite. Nie wiem jak to można jeść, ale mi to po prostu nie smakowało. Trochę jak taka kostka rosołowa do smarowania pieczywa. Gdyby, nie roboty drogowe, studnia i pomoc drogowców pewnie miałbym problem z wodą, ponieważ dziś znów mijały mnie tylko trzy samochody, a z jednego jakiś Azjata życzył mi szczęśliwej podróży, krzycząc z okna. Pod koniec dnia, wiatr chyba pomylił kierunki, bo zaczął wiać lekko w plecy. Nocleg w namiocie, gdzieś niedaleko drogi która nazywana jest „Największym Skrótem Australii”. Przed spaniem wyczyściłem nieco napęd, który zaczął zmieniać kolor na nieco czerwony od piasku. Na kolację wciąż jeszcze zimny chleb z dżemikami i miodem.

15.03 Great Central Road
131km, 8h26m, 15.5śr, 36.5max, 20-35°C

Upalnie dziś. Już po 9:00 słońce mocno piekło po twarzy. Po sześćdziesięciu kilometrach walki z głównie twardą, kamienistą nawierzchnią nagle wjechałem w całkiem równy pas asfaltu, który ciągnął się kolejne 25km prawie do wioski Warburton. Spodziewałem się tylko jednego budynku i dwóch dystrybutorów z paliwem, tak jak to wyglądało w Tjukayirla. Warburton to jednak niewielka wioska której mieszkańcami są głównie Aborygeni. Jest tu także posterunek Policji oraz Roadhouse w którym pracują już Biali Australijczycy. Roadhouse cieszył się sporym zainteresowaniem wśród Aborygenów, co chwilę podjeżdżał samochód (przeważnie starsza terenowa Toyota) aby zatankować paliwo i zrobić zakupy. W Roadhouse znajdował się nawet nieźle zaopatrzony sklep oraz mały fastfood. Nie wiem jak tutejsi Aborygeni pracują i jak zarabiają pieniądze, jednak w przeciwieństwie do mnie, widać było, że nie żałowali sobie na przyjemności. Z drugiej strony trochę przykro było patrzeć jak roztyły aborygeński chłopiec zajada frytki i popija colą.. Zarówno u młodych, jak i dojrzałych Aborygenów świadomość o niezdrowych nawykach żywieniowych wydawała mi się żadna. Ja tylko kupiłem litr zimnego mleka za 4$ (10.80zł) oraz dwa litry soku za kolejne 6$. Roadhouse, jako przystanek dla kierowców raczej słabo wypada. Brak toalety, miejsca aby usiąść oraz brak możliwości nabrania wody. WiFi było, ale oczywiście nie dla klientów. Jedynym plusem był fakt, że w wiosce był zasięg sieci komórkowej, więc przynajmniej mogłem wysłać SMS do rodziny po tych kilku ostatnich dniach bez łączności. Po połączeniu z siecią zauważyłem, że zmienił się czas o kolejne pół godziny do przodu. Przy dystrybutorach znajdowały się tabliczki z odległościami do Laverton i Yulara, z których wynikało, że jestem już za połową drogi Great Central Road!!! 😀 Mając jeszcze niewielki zapas jedzenia, po zatankowaniu wody ruszyłem w dalszą drogę. Do kolejnej kropki na mapie, czyli Warakurna 215km. Zapomniałbym napisać, że przed Warburton, napadło mnie czterech Aborygenów, którzy wysiedli z auta, jak tylko mnie zobaczyli. Pytali dokąd jadę i czy zrobię sobie z nimi zdjęcie… Oczywiście ja też chciałem fotkę z nieco już ucywilizowanym Aborygenem. Przy okazji wycyganiłem od nich bidon wody 🙂 Nocleg w namiocie przy nieczynnej pompie wody 30km za Warburton.

16.03 Great Central Road
102km, 7h28m, 13.5śr, 25.6max, 20-35°C

Koszmary powróciły. Od rana mocny wiatr, kiepska droga, upał i na dodatek po całym dniu walki skoczyła mi się woda. Gdyby chociaż droga nie była taka zła, to bym się tak nie męczył i nie żłopał jak wielbłąd. Jestem też zły na samego siebie, ponieważ rano zatrzymała się rodzina w kamperze i pytali mnie czy czegoś nie potrzebuję… Miałem wolną butle 2L i nie skorzystałem, a pod wieczór właśnie tych dwóch litrów mi brakowało. Zatrzymałem kilka samochodów, jednak Aborygeni chyba wody już nie piją, a przynajmniej jej ze sobą nie wożą. Najbardziej interesuje ich rower oraz to gdzie jadę. Jeden miał jakąś napoczętą i gorąca butelkę 1.5L i tyle musiało mi wystarczyć na wieczór, noc i rano. Mam nadzieję, że rano uda mi się zdobyć parę litrów, aby tylko dojechać do Warakurna. Może znów przy drodze będzie stała pompa wiatrowa. Dalej odległości między kolejnymi punktami z wodą już nie są takie dalekie od siebie jak dotąd, więc mam nadzieję, że to mój pierwszy i ostatni problem z wodą, a raczej jej brakiem. Do tej pory na Great Central Road i tak miałem wiele szczęścia. Kierowcy, robotnicy i Aborygeni zawsze chętnie pomagali mi na trasie. Były też Roadhouse’y, pompy i kałuża z których także korzystałem. Dziś „setkę” złamałem dopiero po zachodzie słońca, a upalne popołudnie spędzałem głównie w cieniu, którego i tak nie łatwo znaleźć.

17.03 Great Central Road
128km, 8h42m, 14.6śr, 24,5max, 21-37°C

Rano wstałem jeszcze wcześniej niż zwykle, aby jak najszybciej dojechać do Warakurna, gdzie czekało na mnie zimne mleko. Oczywiście bez wody nie miałem na to szans, mimo, że rano było całkiem przyjemnie mniej więcej do godziny 8:00. Niestety jak na złość, do godziny 10:00 nie przejechało obok mnie żadne auto. Dopiero potem jakiś Australijczyk mieszkający w wiosce Aborygenów, jechał z nimi na zakupy do Warakurna i obiecał mi, że w drodze powrotnej przywiezie mi wodę. Jak powiedział, tak zrobił i po niecałej godzinie miałem 3L zimnej butelkowanej wody. To wystarczyło abym dojechał do Warakurna, do którego pozostało mi tylko 44km. Na szczęście droga była niezła i w niecałe trzy godziny byłem już na miejscu. Nie zastanawiając się długo, szybko kupiłem dwa litry zimnego mleka i korzystałem z wygód Roadhouse’u. W końcu udało mi się połączyć z WiFi i oznajmić, że żyję. W międzyczasie umyłem się w toalecie i zrobiłem pranie, które ekspresowo wyschło. Na obiad zamówiłem sobie frytki, które Aborygeni kupowali w hurtowych ilościach. Za 6$ dostałem mega dużą porcję dużych frytek, którymi się naprawdę najadłem. Na koniec nabrałem wody w butle (10,5L), umyłem rower z kurzu oraz trochę wyczyściłem i przesmarowałem napęd, który znów zrobił się czerwony od tutejszej nawierzchni. W okolicach Warakurna znajduje się kilka niewysokich, jednak dobrze widocznych pagórków, które nawet nieźle wyszły mi na panoramie. Po południu, kiedy zaczynało już się trochę ochładzać ruszyłem dalej i do następnej wioski w Dock River pozostało mi około 69km, a wcześniej jeszcze zmiana stanu na Terytorium Północne 🙂

18.03 Great Central Road – Tjukarulu Road
123km, 9h8m, 13.6śr, 27max, 21-36°C

Great Central Road Przejechana!!! … a przynajmniej tak mi się wydaje ponieważ według znaków kończy się ona na granicy stanów Australia Zachodnia i Terytorium Północne. Po przekroczeniu granicy stanów znaki wyraźnie informowały, że droga na Terytorium Północnym ma numer 4 i nazywa się Tjukarulu Road, która potem przechodzi w Kata Tjuta Road, Uluru Road, a miastem Yulara w Lesseter Highway. O GCR napiszę zapewne osobny materiał ze szczegółami, jednak dopiero po wyprawie. Odnośnie odległości prawie 1200km, to odnosi się ona bardziej do dystansu pomiędzy miastami Laverton i Yulara, a sama GCR zaczyna się za Laverton i kończy właśnie na granicy stanów. Ja jednak już dziś mogę się cieszyć z pokonania tej wcale nie łatwej pustynnej drogi w sercu Australii. Jutro powinienem zakończyć jazdę po szutrach i dojechać w okolice skał Kata Tjuta, które zwiedzę razem z Uluru pojutrze. Poza przejechaniem GCR cieszyć się mogę jeszcze z samego przekroczenia i zmiany stanu na Terytorium Północne oraz z przekroczenia 2000km od początku wyprawy. Australia Zachodnia to największy z australijskich stanów, a przejazd przez GCR dodatkowo mnie spowolnił, więc sam jestem pod wrażeniem, że przejechanie go zajęło mi tylko 15 dni. Odnośnie dzisiejszej jazdy, to było bardzo zmiennie. Raz był całkiem fajny, twardy szuter, a za chwilę grząskie, piaskowe podłoże, na którym potwornie się męczyłem. Poranek minął mi na przyjeździe aleją sosen, potem było parę fajnych widoczków pagórków, granica stanów i mała cywilizowana wioska Aborygenów, Dock River. Tutaj zatrzymałem się na dłużej, ponieważ znajdował się tu ostatni sklep przed miastem Yulara. Mleko udało mi się kupić trochę niezamierzonym podstępem, ponieważ w lodówce już go nie było, zamówiłem kawę i sprzedawca przyniósł litr z magazynu, zapytałem więc czy mogę je kupić.. Ten się zgodził i zapytał czy chcę kawę czy mleko? Odpowiedziałem, że oba napoje. Z lodówki na zapleczu, wyciągnął jakąś końcówkę mleka w butelce i z tego wyszło niezłe latte 🙂 A ja cieszyłem się z zimnego mleka i kawy. Kupiłem jeszcze dwie puszki fasoli i wodę sodową, dla zmiany smaku. W sumie zastanawiałem się nad colą, ale były same wynalazki jak Zero, Light, a nic ze zwykłym cukrem. Najwyraźniej Aborygeni takie lubią… Po odpoczynku ruszyłem dalej walczyć z piaskami pustyni, na drodze co jakiś czas zakopując się w zaspie. Pod koniec dnia na drodze spotkałem jaszczura, który bacznie mi się przyglądał jak go fotografuję z każdej strony. Na filmie nawet mam nagrane jak kołysze się na lewo i prawo na widok obiektywu smartfona kilka centymetrów przed jego nosem. Odebrałem to jako zdenerwowanie i przygotowanie do obrony i dałem maluchowi spokój. Wydawało mi się, że znalazłem ciekawe miejsce na nocleg na parkingu przy jaskini Lasseter Cave, jednak camping w tamtym miejscu był zabroniony, więc przeniosłem się w dzicz. Skorzystałem tylko z wody, która była dostępna na miejscu, ponieważ nie było napisane, że nie jest do picia uznałem, że jest pitna. Na pewno smakowała lepiej od tej z kranu sklepu w Dock River. Przy okazji mogłem się trochę umyć po całym dniu walki z piachem.

19.03 Tjukarulu Road
126km, 9h11m, 13.8śr. 23,4max, 20-35°C

Na dziś plan był taki, aby dojechać jak najbliżej skał w Parku Narodowym Uluru – Kata Tjuta. Udało mi się dojechać pod samą granicę parku, przed którą zjechałem w boczną drogę gdzie rozbiłem namiot. Dzień znów dosyć wymagający. Dużo wiatru, piachu i gorąca. Chwilami nie było gdzie się schować w cieniu co chyba najbardziej męczyło w godzinach popołudniowych. Po drodze minąłem studnie z wodą, w której praktycznie cały się zmoczyłem, przynajmniej na pół godziny było mi nieco chłodniej. Potem zatrzymała się jakaś pracownica z rządu NT i byłem bogatszy o kolejne 2L wody. Nieco później zatrzymał mnie policjant zaciekawiowny rowerem i podróżą. Miłymi przerywnikami na trasie były krótkie asfaltowe odcinki w miejscach w które drogę zalewa woda  deszczowa. A na koniec dnia na dłużej pożegnałem się z pustynnym piaskiem, szutrem, żwirem i kamieniami na korzyść asfaltu. Ostatnie, zdaje się 10 dni od Laverton dały mi nieźle  w kość. Mocno mnie wytrzęsło na dystansie ponad 1000 km po różnego rodzaju nieasfaltowych drogach. Cieszę się, że to już za mną. Pochwała należy się też Ronin’owi, który nie zawiódł ani raz podczas tego długiego i wymagającego testu, ale w końcu to gravel, czyli rower stworzony do takich tras… Noo może nie aż tak obładowany i obciążony chociaż to dla niego dodatkowy duży plus. Po wyjechaniu z piasków Australii, jedynie napęd, a głównie łańcuch wymaga umycia i smarowania. Po kolejnych dwóch dniach jazdy jak po plaży jest po prostu czerwony. Odnośnie sprzętu to wciąż nie używałem ładowarki do dynama do ładowania smartfona. Coś mi się wydaje, że już nie będzie takiej okazji, chyba że z czystej ciekawości. Szkoda, bo przed wyprawą wymieniłem akumulator w ładowarce na większy, a teraz wożę ze sobą nieużywany sprzęt, który zajmuje miejsce i może mało, ale jednak coś waży. Mojemu HTC U11 wystarczały do tej pory tylko krótkie doładowania na postojach w roadhouse’ach i McD. PowerBanku też używałem tylko trzy razy, a dziś w sumie będzie czwarty ponieważ chcę mieć pełną baterię w smartfonie na jutrzejsze zdjęcia Kata Tjuta i Uluru oraz na WiFi w Yulara. Fakt, że smartfona na pustyni używam głównie do robienia zdjęć, czasem szybkiej nawigacji do określenia pozostałej odległości na przykład do kolejnej wioski, pisania relacji i korzystania z latarki. Przez GCR, gdzie nie było zasięgu przejechałem na trybie samolotowym, aby smartfon nie zużywał niepotrzebnie baterii na szukanie sieci. Jutro postaram się nie zaspać i wstać na wschód słońca i pierwsze promienie zobaczyć na czerwonych skałach Kata Tjuta.

20.03 Kata Tjuta – Uluru – Yulara – Lasseter Highway
104km, 21-36°C

Przed wschodem słońca ruszyłem w kierunku skał Kata Tjuta (Olgas). Wieczorem mogłem obserwować zachód słońca i ostatnie promienie na czerwonych skałach. Rano słońce zasłaniały mi skały, więc w sumie widziałem tylko zmieniającą kolory łunę za Kata Tjuta. Najpierw podjechałem pod miejsce zwane „Dolina Wiatrów”, nazwa bardzo adekwatna do miejsca, ponieważ wiało naprawdę mocno. Nie zdecydowałem się na przejście tego szlaku, tylko podjechałem do drugiego. Walpe Gorge to niezbyt długa ścieżka trailowa prowadząca do końca szczeliny między wysokimi ścianami skał, na końcu której znajduje się małe źródło wody z którego czerpali Aborygeni i nadal korzystają zwierzęta. Ścieżka ma tylko 1300 metrów w jedną stronę, a jej przejście jest bardzo łatwe i nie zajmuje dużo czasu. Na koniec szczeliny Walpa Gorge słońce prawie nie zagląda. Jest tam więc o wiele chłodniej, rośnie dużo zieleni, a szczeliny w skałach są domem dla różnych gatunków ptaków. Mi najbardziej podobało się źródełko, którego woda wydrążyła niewielkie szczeliny aby spływać w niższe partie oraz wysokie, pionowe i spękane ściany wąwozu. Przez większość czasu kiedy podążałem w kierunku Uluru, wciąż mogłem obserwować czerwone skały Olgas oświetlone przez słońce. Pomiędzy Kata Tjuta a Uluru jest około 50km do przejechania, co zajęło mi prawie trzy godziny. Podjeżdżając pod Uluru, jeden z symboli Australii, droga poprowadzona została trochę naokoło, zapewne taki był zamiar, aby dłużej nacieszyć oczy ogromnym monolitem skalnym. W pewnym momencie, kilka kilometrów od Uluru, skała przypominała mi leżącego słonia. Jedyne dostępne i legalne miejsce z którego można wejść na szczyt Uluru było zamknięte z powodu upału. Ogólnie możliwości zdobycia skały pieszo są mocno ograniczane. Z informacji na tablicy informacyjnej wynika, że tak naprawdę ścieżka na szczyt jest dostępna tylko rano, do czasu aż temperatura osiągnie 36°C. Wciąż jednak jest jeszcze możliwość zdobycia szczytu Uluru, chociaż ze względu na szacunek do Aborygenów i ich wierzeń o świętości Uluru wchodzić na skalę nie należy. Wyjeżdżając z parku spotkała mnie miła niespodzianka, ponieważ nie musiałem płacić za wjazd ma teren parku. Bramka do opłat znajduje się tylko od strony Yulara, a ponieważ ja jechałem przez pustynię z Laverton to miałem wolny wyjazd. Permitu też nikt mi po drodze nie sprawdzał, a ten wymagany jest od granicy stanów do skał Kata Tjuta. Spod Uluru skierowałem się do miasta Yulara, w którym w końcu mogłem zrobić normalne zakupy w markecie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Yulara okazała się drogim resortem z luksusowymi hotelami i lodge’ami, gdzie można wynająć firmę lub transport do największych atrakcji okolic. Sieciowy supermarket także był, jednak atrakcyjnych cen znanych z gazetek promocyjnych to on zapewne nie miał nigdy. W dodatku nie udało mi się znaleźć otwartego WiFi, więc po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej. Godzinę przed zmrokiem dojechałem do parkingu „Rest Area” około 30km za Yulara, w którym była możliwość rozbicia namiotu. Ciche i spokojne miejsce około 200m od drogi. Chyba od początku wyprawy nie miałem dla siebie tyle wolnego czasu przed spaniem, przeważnie kręcę do samego zmroku lub czasami nawet i po.

21.03 Lasseter Highway
134km, 15.3śr, 8h45m, 25.4max, 19-34°C

Rano, tuż po tym jak ruszyłem w drogę, przed kołami roweru przepełzł mi wąż. Jakiś zielonkawy i długi na około dwa metry. Jednak chyba ani ja, ani on nie mieliśmy ochoty na bliższe poznanie. Po południu, znów o mało nie rozjechałem jaszczurki Thorny Devil, która ze stoickim spokojem stała na pasie ruchu. Idealny obiekt do fotografowania, ponieważ nawet zbliżając jej obiektyw tuż pod nos, ta ani nawet nie drgnie. Próbowałem ją nawet nieco szturchnąć, aby zeszła z drogi, ale się nie dała. W okolicach południa dojechałem do stacji Curtin Springs, w której było wszystko czego potrzebowałem. Szybki prysznic, małe pranie, kawa, mleko, WiFi, woda i klima. Na tyłach obiektu znajdowały się klatki z kilkoma gatunkami papug. Jedna duża nawet próbowała mówić. Obok, w zagrodzie przechadzał się trochę nieśmiały Emu. Ponieważ znów wjechałem na jedną z bardziej głównych dróg krajowych, ponownie mogę liczyć na w miarę przyzwoite parkingi co kilkadziesiąt kilometrów, na których jest miejsce na camping, woda, kosze na śmieci i jakieś zadaszone ławki. Z tą wodą to akurat pewności nie mam czy jest na pewno pitna, ponieważ na każdym zbiorniku jest napisane że „woda może nie nadawać się do picia”. W międzyczasie wjechałem jeszcze na niewielkie wzniesienie, z którego widać było wielką skalę, górę stołową Mount Conner. Nocleg w buszu ponad 100m od drogi z uwagi na ponowne hałasy pociągów drogowych. Jutro rano szansa na kawę w kolejnej stacji Mount Ebezner.

22.03 Lasseter Highway – Stuart Highway
187km, 10h32m, 17.7śr, 30.4max, 19-35°C

187km dziś 🙂 Jak na razie mój rekord w Australii. Złożyło się na to kilka warunków. Rano ponownie wstałem przed wschodem słońca, aby jak najszybciej dojechać do Roadhouse Mount Ebezner na poranną kawę. Niestety okazało się, że Roadhouse był zamknięty od jakiegoś czasu. Do kolejnego na skrzyżowaniu dróg Lasseter i Stuart Highway miałem 55km, więc nie było innego wyjścia i trzeba grzać do następnego. Zamiast kawy zjadłem tylko ostatnie zapasy jedzenia jakie mi zostały czyli pokruszone herbatniki z dżemem i puszkę tuńczyka. Rano wiatr nawet nie przeszkadzał zbytnio, więc do skrzyżowania w którym znajdowała się znana stacja paliw, hotel i restauracja Erldunda uwinąłem się nawet szybko. Tutaj wypiłem mega kawę, zjadłem dwa batony oraz kanapkę. Z Erldunda do Alice Springs jest równe 200km, a ja chciałem wykręcić tyle kilometrów, aby jutro, już na spokojnie dojechać do Alice Springs. Po zmianie kierunku jazdy na północny wiatr w końcu zaczął mocniej powiewać z tyłu. Wykręcałem całkiem niezłe prędkości w okolicach nawet powyżej 20km/h, od dawna nie osiągane w AUS na dłuższych dystansach, więc przyjemność z jazdy rosła z każdym kolejnym kilometrem. Po krajowej drodze 87 spodziewałem się nieco szerszego pasa ruchu i nieco utwardzonego pobocza, a tu mały zawód. Po Stuart Highway samochody pędzą z dopuszczalną prędkością 130km/h oraz ponownie mogę obserwować pociągi drogowe. Po drodze nawet nie robiłem wielu przerw, bo nawet nie odczuwałem takiej potrzeby. W sumie zatrzymałem się tylko dwa razy na parkingach z wodą aby się trochę zmoczyć. Na drodze zatrzymała mnie na chwilę para młodych Polaków, którzy widzieli mnie także parę dni wcześniej ( dziękuję za wodę i colcię 🙂 ). Wyjeżdżając z Erldunda chciałem dojechać do Roadhouse Stuart Well, który znajduje się w połowie drogi do Alice Springs. Udało się, jednak ostatnie kilometry jechałem już po zachodzie słońca. W Stuart Well poza motelem, restauracją i campingiem, który jest za darmo, znajduje się też farma wielbłądów. Rano spróbuję do niej podjechać, może uda się z bliska upolować camela. Na kolację wielka kanapka, piwo i napój. Jutro tylko 100km do Alice i dzień przerwy w kręceniu 🙂

23.03 Stuart Highway – Alice Springs
106km, 6h20m, 16.8śr, 37.8max, 21-35°C

Dziś mija 20 dni odkąd zacząłem moją przygodę w Australii. Dziś też, dojechałem praktycznie w samo centrum Australii i jednego z bardziej znanych australijskich miast Alice Springs. Rano wstałem z nadzieją na szybką setkę po wczorajszym super dniu ze sprzyjającym wiatrem. Dziś już tak łatwo nie było, ale i tak do Alice dojechałem w okolicach 13.00. Na trasie miałem nawet parę niewielkich wzniesień do pokonania. Od razu zajechałem do supermarketu na lody i zimne mleko. Ceny w końcu rozsądne. Mleko tylko 90c czyli jakieś 2,45zł! W sumie wypiłem trzy litry w godzinę. Potem napisałem do Christy z serwisu Warmshowers, która zgodziła się mnie przenocować dwie noce. Ponieważ pracę kończyła o 16:00 to kolejne dwie godziny miałem na zwiedzanie AS. Pokręciłem się po ścisłym centrum, wjechałem na wzgórze Anzac Hill, które jest pomnikiem pamięci wszystkich wojen XX-go wieku oraz dobrym punktem do obserwacji miasta. Po 16:00 udałem się kawałek poza AS, gdzie mieszka Christy wraz z mężem. Wprawdzie jutro mam cały dzień dla siebie i nicnierobienie, to trochę obowiązków związanych ze sprzętem niestety jest. Poza relaksem o rower trzeba zadbać. Muszę porządnie wyczyścić napęd i nasmarować łańcuch, który wciąż ma jakieś resztki piasku po GCR. Po południu mogłem już liczyć na relaks w „typowym” przestronnym australijskim domu z basenem. Po prawie trzech tygodniach spania w buszu to naprawdę spora odmiana. Prysznic, klimatyzacja, brak much i komarów, łóżko i domowa kolacja. Jutro cały dzień w takich luksusach 🙂

24.03 Alice Springs
0km, 21-35°C Dzień odpoczynku.

W nocy było mi chyba za wygodnie w łóżku i pewnie dlatego budziłem się kilka razy. Rano cieszyłem się, że nie muszę wstawać i ponownie kręcić w upale, tylko leżałem do 8:00 pod wiatrakiem kręcącym się pod sufitem. W sumie przez cały dzień nie wychodziłem z domu. Dobrze mi było na zacienionym tarasie przy basenie z widokiem na długi grzbiet niewielkiego pasma górskiego. Razem z Hansem, mężem Christy pojechałem tylko samochodem do centrum AS. Hans chciał zrobić zakupy, a ja kupić lody i więcej mleka, które i tak do południa wypiłem z lodówki Christy. W międzyczasie porządnie wymyłem rower, nasmarowałem napęd, wyprałem buty i wszystkie swoje ubrania. Wieczorem do Christy i jej męża przyszło parę osób na sobotnie spotkanie. Ja zostałem tylko na kolację, a potem odpoczywałem dalej w klimatyzowanym pokoju. Wolny dzień bez roweru szybko minął, a jutro ciąg dalszy przygód na trasie Stuart Highway.

25.03 Alice Springs – Ti Three
209km, 9h37m, 21.6śr, 35.6max, 20-34°C

Po lekkim śniadaniu pożegnałem Christy i Hansa i udałem się ponownie do centrum Alice Springs. Zrobiłem zakupy i drogą 87 ruszyłem na północ. Wyjeżdżając z AS zajechałem jeszcze do starej stacji telegraficznej, która została wybudowana zanim powstało miasto. To tutaj znajduje się najstarszy budynek w środkowej Australii. Kilkadziesiąt kilometrów dalej czekała na mnie kolejna niespodzianka. Bez wysiłku wjechałem na najwyższy punkt drogi Stuart Highway pomiędzy Darwin i Adelaide na wysokość około 725m n.p.m. Po następnych kilkunastu kilometrach znów atrakcja. Przekroczyłem od południa Zwrotnik Koziorożca, który znajdował się jakieś 40km na północ od AS. Na parkingu znajdował się postument z kulą ziemską oraz tabliczki informacyjne. Kolejne kilometry pokonywałem z mocnym sojusznikiem w postaci wiatru wiejącego przeważnie z tylu. Dawno tak szybko i płynnie nie pokonywałem większych dystansów. Podczas jazdy zastanawiałem się, czy uda mi się dojechać do kolejnej wioski na północ od Alice Springs. Ti Three oddalone jest od AS o 200km. Na trasie towarzyszyły mi różnej wielkości i kształcie kopce termitów. Kilka z nich było nawet „przebranych” i przypomniało ludzkie postacie. Pod koniec dnia już byłem pewien, że dojadę do miasteczka. Zdążyłem nawet przez zamknięciem sklepu, który był oblegany przez kilkunastu Aborygenów. Mleka nie było, ale kupiłem 2L zimnego soku pomarańczowego. Od sprzedawcy dowiedziałem się, że niedaleko na przeciwko drogi znajduje się prowizoryczne pole namiotowe na którym się rozbiłem. Cieszy mnie pokonany dziś dystans ponad 200km na wyprawie i na obciążonym rowerze. Już chyba kilka lat nie dokonałem podobnej sztuki, a ta już podczas obecnej wyprawy może się nie powtórzyć.

26.03 Ti Three – Stuart Highway
154km, 8h23, 18.3śr, 34,9max, 21-34°C

No muszę przyznać, że po wczorajszym rekordzie, dziś rano ciężko mi było wstać, a potem rozkręcić się na nowo. Mimo ułatwienia w postaci wiatru, dystans ponad 200km w jeden dzień pozostawia w organizmie niewielkie zmęczenie. Na dodatek dziś, wiatr kręcił się w kółko i powiewał praktycznie z każdej strony, ale najbardziej z boku. W sumie przez cały dzień nic się nie działo, więc nie za bardzo mam o czym pisać. Chociaż po południu na trasie zajechałem do Roadhouse Barrow Creek, w którym wypiłem dwa litry, pysznego zimnego mleka po 3$ za 1L. Obok Roadhouse znajdowała się kolejna historyczna stacja telegraficzna, która przez Alice Springs, prowadziła do Adelaide. Pod sam wieczór, wiatr znów bardziej sprzyjał i dlatego przełamałem barierę 150km. Jutro czeka mnie atrakcja turystyczna w postaci kulistych skał oraz po cichu liczę na dojazd do miasta Tennant Creek, mimo, że mam do niego prawie 160km.

27.03 Stuart Highway – Tennant Creek
171km, 8h38m, 19.8śr, 29.8max, 19-37°C

To zapewne trzeci i ostatni dzień kiedy wykręciłem taki kilometraż z przeważnie sprzyjającym wiatrem. Jutro skręcam na wschód, a potem będę się kierował głównie na południe, więc domyślam się, że będzie już tylko jazda pod wiatr z małymi wyjątkami. A dziś, znów była mała pogoń do miasta Tennant Creek, do którego wjechałem o 18:00, czyli jeszcze przed zmrokiem. Rano zajechałem na kawę i zimny napój na stacje paliw przeobrażoną w kopalnię wiedzy o UFO i prowadzoną przez Hindusa 🙂 Przed południem dojechałem do kolejnego celu mojej wyprawy. Rezerwat Karla Karla lub też Devil’s Marbles to zespół kilkudziesięciu skał o głównie kulistych i owalnych kształtach. Bardzo ciekawe pod kątem geologii miejsce, w którym spędzić można nawet kilka godzin spacerując po kilku wyznaczonych ścieżkach. Ja oczywiście aż tyle czasu na zwiedzanie nie miałem, ale przeszedłem się po dwóch krótkich ścieżkach. Od skał do miasta Tennant Creek jest ponad 100km i dystans ten pokonałem w sześć godzin przy okazji przekraczając 3000km podczas obecnej wyprawy. W Tennant Creek od razu zajechałem do supermarketu po lody, zimne napoje i zakupy na kolejne dni na pustyni. Ostatnie 20km do miasta jechałem bez wody, więc wieczorem musiałem uzupełnić braki płynów w organizmie. Na sam koniec jazdy kiedy już wyjechałem z miasta i szukałem miejsca na nocleg przed koło roweru wyskoczył mi mały kangur, który pewnie wystraszył się tak samo jak i ja. Pierwsze spotkanie oko w oko z kangurem uznaje więc za niezbyt udane… Nocleg w namiocie kilka kilometrów za miastem, gdzieś w krzakach za ścieżką rowerową. Co ciekawe cały czas rozstawiam namiot tak, aby widzieć Krzyż Południa zza moskitiery. Z południa w nocy wieje przyjemny chłodny wiatr, który dale mi uczucie ulgi po całodziennym smażeniu się na słońcu. Jutro Stuart Highway zamieniam na Barkly Highway i drogę 66.

28.03 Stuart Highway – Barkly Highway
164km, 9h05m, 17.9śr, 28.3max, 20-33°C

Wczoraj w markecie nakupiłem sobie tyle soków i napojów, że dziś praktycznie przez cały dzień delektowałem się ich smakiem i nie musiałem pić tej nijakiej wody na którą już nie mogę patrzeć. Rano pierwsze 22km z super wiatrem i średnią 21km/h do skrzyżowania dróg Stuart i Barkly zwanego Treeways. Na skrzyżowaniu na stacji wypiłem kawę i zaraz potem skręciłem na wschód. Od razu poczułem zmianę i mocniejszy wiatr z przodu. Jedyną pociechą było pochmurne niebo od rana i odpoczynek od słońca. Taka pogoda w sumie mogła by się utrzymać kilka dni. Średnia prędkość szybko spadała, aż zatrzymała się w okolicach 16.7km/h. Po kilku godzinach jazdy w cieniu spotkała mnie kolejna przyjemność. Zaczął kropić deszcz! Mój pierwszy deszcz w Australii 🙂 Na początku po kilka kropel, potem trochę większy, a kiedy dojechałem do parkingu i miałem się gdzie schować, rozpadało się nawet bardziej. Mocny deszcz padał kilkanaście minut i przez chwilę nawet odczuwałem coś na podobieństwo lekkiego chłodu. Zaraz po tym jak przestało ponownie zmieniły się warunki pogodowe. Zaczęło się przejaśniać, a wiatr praktycznie ucichł. Pozwoliło mi to na rozwijanie prędkości powyżej 20km/h i od 15:00 do wieczora wykręciłem kolejne 60km. Znów dzień zakończyłem z bardzo dobrym dystansem. Jeszcze dwa, trzy dni takiej jazdy i uda mi się wykręcić 1000km w tydzień. Równie szybko poruszałem się parę lat temu po USA i taki był mniej więcej mój wzorzec udanej jazdy. 7x143km. Nocleg w sumie zaplanowałem już 60km wcześniej na poprzednim parkingu, to właśnie tam była informacja o kolejnym „rest area” i możliwości rozbicia namiotu. Bardzo mi brakowało takiego dnia jak dziś i odpoczynku od słońca i upału. Jutro też mogłoby by być pochmurnie chociaż na kilka godzin.

29.03 Barkly Highway
154km, 8h52m, 17.3śr. 25.2max, 20-35°C

W nocy kilka razy padało i musiałem szczelnie zamykać namiot. Z oddali słyszałem też kilka grzmotów. Rano było strasznie wilgotno, wszystko łącznie ze mną było mokre i klejące. Dopiero około 8:00 jak słońce mocniej przyświeciło wszyscy wróciło do normy. Przed południem zajechałem do Roadhouse Barkly Homestead. Wypiłem zimne mleko, kawę oraz zjadłem małą grillowaną zapiekankę warzywną z mięsem i pieczarkami. Do Roadhouse jeszcze jechało się nieźle, potem zaczęła się zmieniać pogoda i mocniej wiać. Średnia prędkość oscylowała w okolicach 16.5km/h. Po 16:00 zachmurzyło się, a chwilę potem zaczęło padać. Padało trochę w takim angielskim stylu. Parę minut deszczu, potem przerwy i znów opad. Po około godzinie zmoczyło mnie całego. Temperatura mocno spadła z ponad 35°C o jakieś dziesięć mniej. W takich warunkach jechałem aż do końca dnia. Bardzo przyjemnie, tylko szkoda że w butach mokro. Spodenki i koszulka wyschły bardzo szybko. Na ostatnich kilkunastu wiatr ustał i trochę przyspieszyłem. Miałem mały problem ze znalezieniem miejsca do spania, ponieważ nie było żadnej bocznej drogi w okolicy kiedy chciałem się już rozbić. W końcu tuż przed zmrokiem postawiłem namiot kilkadziesiąt metrów od drogi przy małej zatoczce. Do granicy stanów około 155km, a do kolejnego Roadhouse kolejne 12km. Z takim wiatrem jak dziś będę się znów musiał trochę napracować. W dodatku rano zabraknie mi wody, na ostatnich dwóch parkingach niestety baniaki były puste.

30.03 Barkly Highway
187km, 19.3śr, 9h42m, 26.8max, 21-37°C

Jak zawsze po burzy wychodzi słońce, a wiatr trochę się uspokaja. To pozwoliło mi dziś na spokojnie dojechać do stanu Queensland i miasteczka Camooweal. Znów poszczęściło mi się z wodą, ponieważ kilkadziesiąt kilometrów dalej były roboty drogowe  i robotnicy mi zimnej wody z lodem nie żałowali. Kolejną zimną butelkę dostałem na granicy stanów, na której podobnie jak ja, zatrzymało się miłe małżeństwo, aby zrobić sobie zdjęcie. Po zmianie stanu zmieniła się też godzina i numer drogi, chociaż jej nazwa Barkly Highway pozostała. W sumie bardzo płaski i monotonny etap, ale cieszę się, że zdążyłem przed zamknięciem dojechać do Roadhouse w Camooweal. Na mleko, kawę i ciastka wydałem 14$. Było bardzo wolne WiFi, więc nie traciłem czasu tylko w łazienkowym zlewie zrobiłem małe pranie. Dziś zdałem siebie sprawę, że są święta, a ja mam pusto w sakwach. Jutro będę się musiał nieźle spinać aby dojechać do 18:00 do miasta Mount Isa. Markety właśnie o tej godzinie będą zamykane. Jeśli od rana będę miał słabe tempo po prostu spróbuję złapać stopa do miasta. Nie lubię tak podróżować, jednak nie chcę też czekać do wtorku, aby ruszyć dalej na południe. Wyjątkowa sytuacja wymaga wyjątkowego rozwiązania. Kolejna szansa na tanie zakupy dopiero w Port Augusta za 1400km! Dziś znów miałem problem z miejscem na nocleg. Musiałem przenosić rower przez drut kolczasty który prowadzi wzdłuż drogi chyba aż do M.Isa. Po ostatniej nocy namiot wciąż był mokry i cały w piasku. Wieczór ciepły i suchy, więc po dwudziestu minutach siedziałem w środku jedząc ostatnią puszkę tuńczyka.

31.03 Barkly Highway – Mount Isa
62km, 16.8śr, 3h42m, 23.1max, 22-37°C

Tak jak się spodziewałem, rano wiatr dość mocno przeszkadzał i pierwsze kilkadziesiąt kilometrów pokonywałem ze średnią prędkością prawie 17km/h. Wiedziałem, że nie zdążę do wieczora dojechać do miasta i zrobić zakupów przed zamknięciem sklepów przed świętami. Postanowiłem więc złapać „stopa” do Mount Isa, tam zrobić zakupy i ruszyć dalej na południe, aby wykręcić jak zwykle powyżej 100km na dzień. Początkowo nawet nie było czego łapać, ponieważ niewiele samochodów przejeżdżało Barkly Highway, a jeszcze mniej w kierunku Mount Isa. Nie zatrzymywałem też pociągów drogowych i aut osobowych. Skupiłem się tylko na pick-up’ach, busach i camperach co jeszcze bardziej ograniczyło moje możliwości zatrzymania kogokolwiek. Oczywiście jeszcze ktoś musiał chcieć się zatrzymać i mieć miejsce na mój rower z sakwami i przyczepą. Na odcinku drogi pomiędzy Camooweal a Mount Isa co kilka kilometrów były małe zatoczki na których można się zatrzymać i w kilku takich miejscach czekałem co nieco dłużej na okazję. Najpierw zatrzymało się pewne małżeństwo, które podróżowało przerobionym VW Crafterem na camper, ale niestety ich samochód był tylko dwuosobowy, więc nie mogli mnie zabrać. Po kolejnej godzinie starań zatrzymali się Julia i Janik z Francji, którzy podróżowali po Australii busem Toyota Hiace. Bus ten był co prawda dużo mniejszy od Craftera, ale posiadał trzy miejsca z przodu i mogłem się z nimi zabrać do miasta. Rower i sakwy udało się zmieścić w części bagażowo-sypialnej busa i szczęśliwy usiadłem na miejscu pasażera po lewej stronie, gdzie przeważnie w Europie to tutaj znajduje się kierownica. Podróż do miasta trwała trochę powyżej godziny, a Julia i Janik okazali się miłą, młodą parą bardzo ciekawą moich przygód w Australii i poza nią. Oni także trochę zapomnieli o świętach i w sumie też skorzystali na spokojnie ze mną, ponieważ tak jak i ja udali się w mieście na zakupy. Ponieważ byli już wcześniej w Mount Isa, podwieźli mnie do centrum turystycznego „Outback at Isa” w którym było małe muzeum, restauracja oraz możliwość bezpłatnego prysznica. Tutaj pożegnałem się z miłymi Francuzami, wziąłem prysznic, zwiedziłem muzeum i podjechałem do supermarketu na zakupy. Tuż przed wejściem do sklepu usłyszałem pytanie „czy jestem z Polski”, a zadała je Zuza, która mieszka od jakiegoś czasu w mieście, do którego Polacy raczej nie zaglądają. Zuza jako manager w pobliskim motelu, ucieszona spotkaniem zaproponowała mi pokój w swoim motelu. Oczywiście nie mogłem i nie chciałem odmawiać. Takie przygody mogą się przydarzyć przecież wyłącznie w święta. I w ten sposób w jeden dzień złamałem swoje dwie zasady, jedną o podróżowaniu na wyprawach wyłącznie na rowerze oraz drugą o codziennym minimum 100km na rowerze. Wieczorem złamałem kolejną, ale o tym nieco później… Na zakupach na których trochę poszalałem i nie była to wcale przedświąteczna gorączka, musiałem kupić tyle jedzenia, aby wystarczyło mi na jak najdłużej na kolejne dni. Udało mi się trafić na kilka promocji na puszki, soki oraz baterie do licznika, które od paru dni domagają się wymiany. Po zakupach udałem się do motelu, do którego zaprosiła mnie Zuza. Tam czekał na mnie świetnie wyposażony pokój w WiFi, klimatyzacją, TV, lodówką i wanną. Znów mogłem nieco odpocząć od codziennej jazdy i upału, który najbardziej dokucza mi w Australii (nie licząc much i wiatru). Korzystając z okazji ponownie mogłem wyprać wszystkie przepocone ciuchy i nieco zabrać o rower. Na wyprawie smarowanie łańcucha to niemal codzienność przy dystansach powyżej 150km/dzień, więc czysty i posmarowany napęd posłuży dłużej o ile będzie się częściej o niego dbało. Pierwszy raz podczas tej wyprawy zamieniłem opony przód z tyłem, ponieważ na bardziej obciążonej tylnej zaczął się pokazywać czerwony kolor płaszcza antyprzebiciowego. Opona ma za sobą już prawie 4000km z czego ponad 1000 po szutrowo-piaskowo-kamienistej Great Central Road, a na kamienistym, chropowatym „asfalcie” przy wysokich temperaturach i moim ciężarze też nie ma lekko. Na przedniej oponie tylko nieco zdarł się bieżnik, więc myślę, że przejedzie jeszcze około 3000km z tyłu. Pod wieczór Zuza i jej chłopak przygotowali mi bardzo miłą niespodziankę i zaprosili na małą kolację świąteczną. Zuza ugotowała barszcz i upiekła piękną babkę. Jeszcze rano nie byłem pewien czy uda mi się dotrzeć do miasta, a wieczorem zjadłem świąteczną kolację i miałem pokój w motelu. Nie wiem czy to świąteczny cud czy szczęście podróżnika rowerowego 🙂

1.04 Mount Isa – Dajarra
166km, 9h26m 17.5śr, 25.9max, 21-38°C

Jak zwykle o świcie po pożegnaniu z Zuzą i wspólnym zdjęciu, ruszyłem na południe. Co ciekawe motel w którym spałem swoją nazwę zawdzięcza dwóm odkrywcom. Burke & Wills przemierzyli Australię z południa na północ jeszcze przed 1900 rokiem, kiedy nie było dróg. Niestety obaj zmarli w drodze powrotnej, a jednym z siedmiosobowej grupy, który wrócił z wieloletniej wyprawy był pewien irlandzki żołnierz.Wyjeżdżając z miasta przejechałem obok ogromnej kopalni ołowiu, miedzi i cynku z której słynie miasto. Mount Isa to również stolica australijskiego rodeo, w którym raz do roku odbywają się największe zawody rodeo w kraju, a do miasta zjeżdża się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Ponieważ mam już trochę dosyć upalnych dni na pustyniach Australii, postanowiłem nieco skrócić trasę wyprawy i po niemalże linii prostej zjechać na południe kraju drogą numer 83. Trasa będzie trochę krótsza, ale nie łatwiejsza. Od granicy stanu z Australią Południową czeka mnie bowiem ponownie przejazd drogą szutrową na dystansie prawie 500km, aż do miasta Marree. Tą trasę pokonam jednak kilka dni szybciej od zakładanej wcześniej po większym łuku przez stan Queensland. Przez kilkanaście kilometrów za miastem było kilka niewielkich pojazdów na których trochę napociłem. Po zakupach na co najmniej kilka najbliższych dni, znów miałem ciężką przyczepę zapakowaną w puszki i soki. Dopiero potem teren mocno się wypłaszczył i przez kolejne dziesiątki kilometrów jechałem do płaskich prostych w towarzystwie strachliwego bydła. Dzień był bardzo upalny, jednak najgorszy był gorący wiatr z różnych kierunków, który nie dawał chwili ulgi, a jedynie wzmagał uczucie gorąca. Pod wieczór dojechałem do wioski cywilizowanych Aborygenów w Dajarra, gdzie otwarty był Roadhouse prowadzony przez trzy młode Azjatki. Wypiłem zimne mleko, napełniłem baniaki wodą i kilka kilometrów dalej rozbiłem namiot na ogromnym polu, na którym w oddali pasły się pojedyncze sztuki bydła. Jutro także dojadę do miasteczka pod wieczór. Do Boulii mam jakieś 140km.

2.04 Dajarra – Boulia
149km, 16.3śr, 9h08m, 32.5max, 21-37°C

Rano ponownie uwierzyłem, że w Australii są kangury, dwa z nich wystraszyłem wychodząc z namiotu. Chwilę później zobaczyłem cztery Emu chodzące jakieś 100m od drogi. Dziwne, że przejechałem już ponad 4000km, jestem tu już miesiąc, a kangurów widziałem zaledwie parę… Droga 83 jest bardzo mało ruchliwa, czasami przez kilka godzin nie przejeżdża żaden samochód, dziś minęło mnie zaledwie pięć aut. O 17:00 udało mi się dojechać do miasta Boulia po całym dniu walki z wiatrem. Do setnego kilometra nawet nie było tak źle, ale potem to już była męka nie jazda. Do 10:00 zrobiłem 50km, do 14:00 100km, a kolejne 38km męczyłem ponad trzy godziny. Do 14:00 miałem nawet niezłą średnią 17.5km/h, która spadła do 16.3km/h tylko po przejechaniu kolejnych 38km. Chwilami wiało tak mocno, że jechałem z prędkością 10-12km/h, a wiatr wiał idealnie z południa czyli z kierunku do którego zmierzam. W sumie przez cały dzień nic było nic ciekawego na trasie, tylko ogromne połacie przestrzeni, na której co jakiś czas mijałem niewielkie grupki bydła, które i tak wystraszone uciekało na mój widok. O 17:00 pojawiłem się na stacji paliw a która właśnie była zamykana. Na szczęście udało mi się w ostatniej chwili kupić dwie 2L butle zimnego mleka w niezłej cenie 4.50$ za butelkę. Niestety nie udało i się znaleźć otwartego WiFi, ale w parku miejskim była toaleta, a obok kranik z pitną wodą. Przed zmrokiem wyjechałem z Boulii i skierowałem się dalej na południe drogą 83. Wiatr przed wieczorem nieco ucichł, więc pokręciłem jeszcze trochę w nieco chłodniejszych warunkach.

3.04 Boulia – Bedourie
162km, 16.9śr, 9h36m, 24.6max, 22-37°C

Dziś wiatr znów przez cały dzień rządził na drodze. Raz wiało z południa, a czasem bardziej ze wschodu. Cały dzień równiny, a chwilami krajobraz jak na pustyni. Conajmniej od Mount Isa przejeżdżam tą samą trasą co Burke&Wills podczas swojej ekspedycji w 1860 roku. Wydaje mi się również, że wjechałem na kolejną wielką pustynię w Australii, Simpson Desert. W południe ponownie przejechałem przez Zwrotnik Koziorożca, który był oznaczony niewielkim monumentem. Przejechałem także przez rzekę Diamantinę, w której była woda, która w widoczny sposób spływała w południowo-wschodnim kierunku. Muszę przyznać, że to dosyć nietypowy widok w Australii. Z reguły widuję tutaj tylko wyschnięte koryta rzek. Do miasteczka Bedourie mam około 20km, więc rano czeka mnie kawka przed dalszą jazdą. Spanie w namiocie w buszu. Podczas rozkładania namiotu muchy zamieniły się z komarami, a te skubańce trochę mnie pocięły w trzy minuty.. Dobrze, że miałem że sobą większy zapas wody, na rano i tak nie starczy, ale przynajmniej na wieczór zostały mi dwa litry.

4.04 Bedourie – Lake Machattie
138km, 15.0śr, 9h12m, 19.6max, 23-38°C

Rano szybko dojechałem do miasteczka Bedourie. W Roadhouse wypiłem kawę, zimne mleko i zjadłem parę ciastek na śniadanie. Ceremonię picia kawy trochę popsuł mi policjant, który także przyjechał na poranną czarną. Sam policjant był bardzo miły, jednak poinformował mnie, że droga do Birdsville jest częściowo zamknięta i trzeba jechać dodatkowe 60km objazdem wokół jeziora. Z Bedourie do Birdsville jest niecałe 200km, więc i tak bym dziś nie przejechał tego dystansu. Ruch na drogach w tej okolicy jest bardzo znikomy, dlatego zaopatrzyłem się w dodatkowe dwie butelki wody. W kierunku Birdsville wyjechałem obciążony prawie 12L wody. Powinno wystarczyć na dziś i jutro rano. Samo Bedourie bardzo małe, jak inne miasteczka na trasie. Roadhouse, hotel, kilka domków i szkoła. Była nawet informacja turystyczna, jednak WiFi jak w całym Bedourie płatne, 5$/1h. Po 20km dojechałem do skrzyżowania, na którym była informacja o objeździe i zamiast na południe, musiałem jechać na wschód w kierunku Windorah. Po prawie 30km dojechałem do kolejnego skrzyżowania. Droga do miasta Windorah także była zamknięta, a mi pozostała tylko jedna możliwość jazdy po szutrach koło jeziora Machiatte. Niedaleko skrzyżowania swoją małą bazę mieli drogowy, którzy naprawiali kilka dróg w okolicy. Skorzystałem na tym, poprosiłem o wodę i ponownie miałem pełen zapas wody. Po zmianie kierunku wiatr wiał nieco bardziej z boku. Mimo zmiany nawierzchni na szuter wciąż utrzymywałem te same prędkości, ponieważ wiatr już tak nie przeszkadzał. Do wieczora przejechałem prawie cały objazd wokół jeziora, które chyba było suche, ponieważ nawet przez chwilę go nie widziałem. Aż dziwne, że droga zamknięta z powodu miejscowych powodzi z deszczu który padał jeszcze w marcu, a ogromnego jeziora nie udało mi się zobaczyć. Zarówno wczoraj, jak i dziś widziałem przy drodze kilka naturalnych zbiorników z wodą podeszczową co dowodzi, że deszczówka potrafi się utrzymać nawet tydzień po opadach. Jutro przed wieczorem mam nadzieję dojechać do Birdsville, a pojutrze wjeżdżam na historyczną, szutrową drogę Birdsville Track od długości 500km z Birdsville do Marree.

5.04 Lake Machattie – Birdsville
146km, 8h51m, 16.5śr, 28.4max, 21-36°C

Pierwszy dzień od dawna, kiedy wiatr tak bardzo nie szalał i nie przeszkadzał przez większość czasu. Dopiero po przejechaniu ponad 120km, kiedy zbliżałem się do Birdsville, zaczęło nieco mocniej powiewać. Po dojechaniu do głównej drogi, gdzie skończył się objazd byłem przekonany, że do miasta będę miał asfalt. Niestety, im bliżej Birdsville, tym więcej szutrów. Dróg asfaltowych i szutrowych miałem dziś mniej więcej, pół na pół, ale przynajmniej wiatr nie przeszkadzał, więc jechało się nieźle. Dwa razy udało mi się dostrzec kilkuosobowe grupki emu biegnące w oddali. Do Birdsville dojechałem o 15:00, czyli szybciej niż zakładałem rano. Niestety, w miasteczku znów nie było możliwości połączenia się z WiFi, a próbowałem w czterech miejscach. Nie było też żadnego sklepu, więc zakupy na kolejne dni musiałem zrobić w drogim Roadhouse. Po godzinie odpoczynku, posiłku i objechaniu miasteczka ruszyłem dalej w kierunku granicy stanów. Na wyjeździe z miasta musiałem przejechać przez wodę na drodze, która wylewała się z koryta rzeki Diamantina. Zapewne kilka dni wcześniej trasa na południe i wschód od także Birdsville była zamknięta. Całkiem sporo wylanej wody było także na równinach poza korytem rzeki. Na szczęście znaki drogowe wskazywały, że Birdsville Track do Marree jest przejezdny. 13km na południe od Birdsville znajduje się granica stanów którą przekroczyłem tuż przed wieczorem. Australia Południowa to już czwarty australijski stan na mojej trasie. Po zmianie stanu krajobraz stał się jeszcze bardziej pustynny, niż ten który pamiętam z kilku ostatnich dni. Namiot robiłem na piasku, za krzakami, jakieś 50m od drogi. Takiej ciszy wieczorem także nie przypominam sobie od dawna. Żadnych cykad, ptaków, nawet muchy gdzieś odleciały i nie zbierały się na tropiku namiotu.

6.04 Birdsville Track
136km, 9h48, 13.9śr, 26.3max, 20-36°C

Jak na cały dzień jazdy po szutrze, piasku i kamieniach to całkiem niezły dystans dziś. Podobnie jak na Great Central Road rodzaj nawierzchni zmieniał się co kilka, kilkanaście kilometrów. Najgorzej jechało mi się po kamieniach, które co jakiś czas były luźno rozrzucone na drodze. Na GCR prawie nie było takich odcinków. Było też trochę grząskiego piasku, pofałdowań, ale i równego, twardego gruntu. Krajobraz bardzo pustynny, drzew prawie wcale. Po południu zaczynało brakować mi wody, więc zatrzymałem pociąg drogowy. Kierowca miał cały zbiornik, więc uzupełnił mi wszystkie butelki. Poza nim przez cały dzień na drodze minęło mnie najwyżej dziesięć samochodów. Pod wieczór znów miałem szczęście. Na drodze były roboty drogowe, a za nimi obóz drogowców. Musiałem wykręcić kilka kilometrów więcej niż zakładałem, ale opłacało się. Ładnie wprosiłem się na uzupełnienie wody. Przy okazji pozwolono mi wziąć prysznic, a jeden z pracowników dał mi zimną puszkę piwa. Spanie w namiocie na przeciwko obozu.

7.03 Birdsville Track
142km, 9h33m, 14.9śr, 29max, 19-36°C

W nocy dwa razy obudziło mnie wycie dingo gdzieś niedaleko. To już w sumie nie pierwszy raz, ale dziś wyły dosyć głośno i długo. W międzyczasie kiedy nie mogłem zasnąć moją uwagę rozpraszały światła obozu drogowców i jak zwykle jasno świecący księżyc, którego blask przebija się przez cienkie ścianki namiotu. Wydaje mi się, noce i poranki są nieco chłodniejsze. Dziś nawet przykryłem się śpiworem nad ranem. Koło południa w końcu udało mi się z bliska zobaczyć kangura, a nawet dwa. Siedziały pod drogowskazem chowając się przed słońcem, a ja do ostatniej chwili nie byłem pewien czy to prawdziwe, czy tylko makieta pod reklamą piekarni. Dziś jechało mi się trochę lepiej niż wczoraj co pokazała średnia i dystans, którego bym się nie powstydził także na asfalcie. Było więcej równego szutru i niewiele szarpania z piaskiem czy kamieniami. Znów miałem szczęście z wodą, koło 14:00 zatrzymał się hodowca bydła, który doglądał swoje stada. Miał spory baniak wody, więc napełnił mi wszystkie butelki. Do wieczora nie minął mnie już żaden samochód. Jutro rano dojadę do Roadhouse Mungerannie, który znajduje się na tym pustkowiu tylko ze względu gorących źródeł jakie są w tej okolicy. W sumie nie wiem po co komu gorące źródła na pustyni… dla mnie bardziej przydałby się CoolRoom z zimną wodą. Nocleg niedaleko drogi po której i tak nikt prawie nie jeździ.

8.04 Birdsville Track
129km, 14.9śr, 8h45m, 26.6max, 19-36°C

5000 kilometrów przekroczone!! Czyżby już połowa wyprawy za mną? Czasowo wygląda do super, a do Sydney już dużo bliżej niż do Perth i to w linii prostej. Kolejny dzień na Birdsville Track w sumie niczym się nie wyróżniał od poprzednich. Rano, po 26km zajechałem do Roadhouse Mungerannie. Na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżniał. Mały sklepik, stacja paliw, hotel, restauracja i baseny z gorącymi źródłami 🙂 … na środku pustyni! Jeśli komuś wciąż zimno przy +36°C to zawsze może się wygrzać w basenie z temperaturą maksymalną +90 🙂 WiFi i zasięgu niestety nie było. Zamówiłem kawę oraz zestaw tosty z drugą kawą. Poprosiłem jeszcze o zimne mleko. Miałem nawet wybór pomiędzy zwykłym i odtłuszczonym. Po pogawędce z właścicielem mleko dostałem gratis 😀 Potem właściciel nawet pomógł mi napełnić butelki ze zbiornika z wodą pitną. Na miejscu dowiedziałem się, że most w Birdsville jest nieprzejezdny. Kiedy kilka dni temu po nim przejeżdżałem, na drodze było może 20cm wody, teraz podobno jest pół metra. W Roadhouse posiedziałem godzinę, a potem trzeba było trochę nadgonić tempo. Do wieczora znów zrobiłem sobie małą górkę i do Marree mam już niecałe 100km. Wody mam tylko 4L, a jedzenia tyle co na śniadanie… więc im szybciej będę Marree tym lepiej dla mnie. Pod wieczór przez drogę przebiegło mi kilka królików 🙂

9.04 Birdsville Track – Marree
114km, 17.0śr, 6h40m, 26,8max, 19-36°C
 
Plan na dziś, był w sumie tylko jeden. Dojechać do Marree i zakończyć czterodniową jazdę po Birdsville Track. Do 14:00 udało mi się zrealizować ten plan. Im bliżej Marree, tym szutrowa droga była lepszej jakości i nawet wiatr lekko pomagał. A jeśli mam wiatr z tyłu to muchy są z przodu, więc głównym zajęciem poza jazdą było też odganianie natrętów. W połowie dystansu zrobiłem sobie dłuższą przerwę na prysznic i śniadanie na darmowym campingu Clayton Wetlands. Poza toaletą znajdowała się tu spora balia do której można było sobie nalać wód termalnych. Ja jednak zadowoliłem się tylko chłodnym prysznicem do którego wszedłem tak jak stałem, ściągając jedynie buty. Po prysznicu zjadłem śniadanie czyli ostatnie dwie kromki chleba, mały dżemik i puszkę tuńczyka. Wody także wystarczyło mi praktycznie do miasteczka. Po drodze mijałem dwie farmy, ale nawet nie zajechałem, aby zatankować butelki. Dzień sprzyjał w podglądanie zwierzyny. Widziałem kilka emu, parę kangurów, dingo, papugi i króliki. W Marree od razu zajechałem do Roadhouse w którym był nawet nieźle wyposażony sklep. Nareszcie udało mi się połączyć z siecią i nadrobić zaległości z postami i relacją na stronie wyprawy. W sumie w części restauracyjnej spędziłem prawie trzy godziny na relaks, ochłodzenie się i nawodnienie.
Taki trochę luźniejszy dzień jako nagroda za przejechanie Birdsville Track. W sklepie ceny ponad trzykrotnie wyższe niż w dużym markecie w mieście, więc wydałem ponad 30$. Na koniec kiedy poprosiłem o wodę do butelek sprzedawca powiedział, żebym kupił wodę butelkowaną, a krajowej mi nie da. Niestety to nie pierwsza taka sytuacja w Roadhouse. Kilka już razy miałem taki problem. Dla mnie to trochę niezrozumiałe, żeby na pustyni odmówić człowiekowi paru litrów wody z kranu lub zbiornika z wodą pitną tym bardziej, że jako klient zostawiłem w sklepie sporo pieniędzy. Podziękowałem i podjechałem do małego parku, w którym znajdowało się miejsce do BBQ i kran z wodą pitną. Marree to bardzo małe miasteczko, w którego centrum znajduje się zabytkowy dworzec i część trasy kolejowej z Port Augusta do Alice Springs – Old Ghan Route. Przez Marree w 1861 roku przemierzał przez Alice Springs do Darwin John Stuart, a przecież kilka dni temu przejeżdżałem przez Birdsville, w którym zatrzymali się Burke&Wills. Ciekawe, że bywam w miejscach przez które ponad 150 lat temu, przemierzały pierwsze ekspedycje przez Australię. Po odpoczynku, przed wieczorem pokręciłem jeszcze godzinkę do zachodu słońca. Po przejechaniu kilku kilometrów, ponownie wjechałem na szuter, który prowadzi aż do miasta Lyndhurst, ponad 60km dalej. Trochę sporo tych szutrów podczas tej wyprawy. Jak dotąd przejechałem 5000km z czego ponad 1600km właśnie po nieasfaltowych drogach.
 
10.04 The Outback Highway – Flingers Ranges Way
145km, 18.5śr, 7h53m, 48.8max!, 16-37°C
 
Nad ranem znów gdzieś blisko mnie wyły dingo. W sumie dobrze, że się przebudziłem bo było trochę chłodno i przynajmniej mogłem wejść do śpiworka. Rano, przed wschodem słońca też prawie zmarzłem, było około 15-16°C, a tak niskich temperatur nie miałem od początku wyprawy. Do południa odczuwałem jakieś takie większe rozluźnienie i mniejszą chęć do jazdy. Słuchanie muzyki pomogło i z każdą godziną jechało mi się coraz lepiej. Pod koniec dnia nawet wiatr pomagał. Zapewne po osiągnięciu celu i przejechaniu Birdsville Track motywacja nieco spadła. Droga szutrowa skończyła się dopiero przed wjazdem do wioski Lyndhurst. Wcześniej był jeszcze krótki odcinek asfaltu do opuszczonego miasteczka Farina. Ja do Fariny nie wjechałem, ale zatrzymałem się na śniadanie przy ruinach dworca kolejowego Farina, który znajdował się blisko drogi. Potem przez kilkanaście kilometrów jechałem wzdłuż nasypu kolejowego po którym w IXX wieku jeździły pociągi do Marree. Na nasypie wciąż widać było spruchniałe, drewniane podkłady pod tory. Przez cały dzień mogłem obserwować kangury, których do tej pory nie widziałem za wiele. Skoczne torbacze uciekają jak tylko zobaczą, że się zbliżam zbyt blisko. Kilka chowających się w cieniu przy drodze w krzakach wystraszyłem. Szkoda, że tak wiele mijałem rozkładających się, cuchnących szczątek po kolizjach z autami. Przygnębiający widok. W miasteczku Leigh Creek zrobiłem zakupy w markecie, ceny nawet przystępne i trafiłem na kilka promocji. Dobrze, że kupiłem duży sok i miałem że sobą jeszcze parę litrów wody. W kolejnym Roadhouse w Beltana chciałem zatankować wodę, myślałem nawet o prysznicu jednak okazało się, że był zamknięty. Spanie w namiocie dosłownie w obecności kangurów 🙂
 
11.04 The Outback Highway
161km, 7h55m, 20.3śr, 46.5max, 19-35°C
 
Wychodząc z namiotu przepędziłem parkę kangurów, które siedziały jakieś 10 metrów ode mnie. Potem przez cały dzień jadąc drogą przeganiałem na zmianę raz kangury, a raz emu. W sumie fajna zabawa, gdyby nie fakt, że na drodze leżały setki martwych zwierząt po zderzeniu z samochodami. Od rana wiatr sprzyjał, aż za bardzo. Spokojnie i bez wysiłku mogłem dziś wykręcić ponad 200km. Do 11:50 miałem 100km, godzinę później 120km i wjechałem do miasteczka Hawker założonego w 1880 roku. Tutaj zdecydowałem się na dłuższy odpoczynek i przeczekanie  największego upału. W toalecie publicznej zrobiłem pranie i mycie, potem w sklepie małe zakupy. Aby połączyć się z siecią udałem się do szkolnej biblioteki, gdzie WiFi jest udostępniane za darmo. Przed 16:00 ruszyłem dalej i przejechałem jeszcze 40km. Do Port Augusta tylko około 70km.
 
 
12.04 Flinders Ranges Way – Princes Highway
132km, 7h25m, 17.7śr, 46.4max, 17-30°C
 

Noc bardzo wietrzna, wiało chyba nawet bardziej niż w dzień. Do północy mocno rzucało namiotem na wszystkie strony. Przeszło mi przez myśl, żeby spać w ruinach domostw, które mijałem wieczorem, ale jakoś się nie zdecydowałem. Chowanie się w krzakach za drzewami przed wiatrem niewiele pomogło. Rano dla odmiany była zupełna cisza, a poranek chłodny, ale przyjemny. Wczoraj miałem kilka łatwych podjazdów i widoki na pagórki nawet powyżej 1000m n.p.m. Dziś podobnie, z tą różnica, że do Port Augusta czekał mnie zjazd z ponad 300m n.p.m. do zera. Chyba pierwszy raz podczas tej wyprawy mocniej użyłem hamulców na kilku zakrętach. Po 40km dojechałem do miasteczka Quorn, kupiłem mleko i zjadłem śniadanie w parku. Większość budynków na głównej ulicy zapewne pamięta jeszcze lata IXX i XX wieku. Lubię takie przenosiny w czasie. Do Port Augusta miałem kolejne 40km i dojechałem do miasta w południe. Znów spodziewałem się trochę większego miasta a centrum objechałem w kilka minut. Zajechałem na promenadę przy Zatoce Spencera, która jest bardzo charakterystycznym wcięciem w kontynent. W Port Augusta znajduje się początek zabytkowej linii kolejowej Old Ghan Railway. Od Marree jechałem praktycznie wzdłuż nasypu tej ważnej linii kolejowej. Część tej trasy mijałem także w okolicach Alice Springs kilka tygodni wcześniej. Dojeżdżając do Port Augusta „dotknąłem” południowego wybrzeża Australii i zakończyłem podróż po pustynnym i gorącym centrum kontynentu. Od teraz nie muszę już tak pędzić przed siebie. Mam ten komfort, że do Sydney mogę dojechać w dwa tygodnie, a czasu w zapasie mam miesiąc. W prawdzie po drodze jeszcze czeka mnie kilkudniowa przeprawa na Tasmanię oraz przejazd przez Alpy Australijskie, ale patrząc na mapę do Melbourne i Sydney mam już naprawdę niedaleko. W południe w Port Augusta było przyjemne 28°C i bardziej wilgotne powietrze niż na pustyniach. To średnio o 10°C mniej, niż codziennie przez ostatni miesiąc od początku wyprawy. Zjazd do południowego wybrzeża które jest najbardziej zaludnionym obszarem Australii wiąże się z większym ruchem samochodowym, od którego się trochę odzwyczaiłem. Jednak jest więcej pozytywów. Zakupy będę mógł robić w dużych marketach, a nie drogich Roadhouse’ach, muchy w końcu dadzą mi spokój a temperatury rzadko będą przekraczać 30°C. Łatwiej będzie też o WiFi i więcej czasu będę miał na odpoczynek na przykład na plażach z widokiem na ocean. Po zakupach na trzy dni na których wydałem 13$, udałem się na kawę i relaks do McD. W markecie była promocja na słodycze 50% na batony, czekolady itp. Nawet Toblerone udało mi się kupić za 1$, a w PL to raczej nie możliwe. Po 15:00 spokojnym tempem ruszyłem w kierunku Adelaide, do której dojadę za 3 dni. Oczywiście mógłbym w dwa… ale nie ma się co spieszyć. Część trasy i tak pojadę trochę naokoło, aby uniknąć jazdy ruchliwą główną drogą Prinses Highway. Sporo na niej pociągów drogowych i ciężarówek ponad gabarytowych, a pobocze dosyć wąskie i nierówne. W Adelaidzie muszę się udać do serwisu rowerowego. Pedał SPD od kilku dni ma niewielki luz i trochę hałasuje. Pewnie trochę piasku dostało się do łożyska. Czeka mnie też druga i ostatnia zamiana opon. Nowa opona Panaracer z przyczepki pójdzie na tył roweru i tak zostanie do końca wyprawy. Obecna przednia, a wcześniej tylna będzie teraz na przyczepie. Od jakiegoś czasu widać na niej czerwony płaszcz antyprzebiciowy. W sumie w niczym to nie przeszkadza w jej dalszym użytkowaniu. Pewnie zacząłbym się martwić jak bym zobaczył kolejną czarną warstwę gumy. Ważniejsza jest dla mnie najbardziej obciążona, tylna opona w rowerze. Z oponami od Perth nie mam żadnego problemu i żadnej przebitej dętki na dystansie ponad 5600km! Z rowerem też jak na razie nic złego się nie dzieje. Staram się dbać o napęd i regularnie czyszczę i smaruję łańcuch, kasetę oraz zębatkę. Wiatr niedawno przewrócił mi rower i lekko wygięła się manetka, ale udało się to szybko naprostować. Poza tym w śpiworze popsuł mi się zamek, a z dmuchanej poduszki schodzi powietrze. Gdzieś zgubiłem też przednią lampkę, pewnie dlatego, że dawno nie jeździłem na światłach.
Nocleg w namiocie na bocznej drodze 300m od głównej drogi i linii kolejowej. Rozkładając namiot niedaleko mnie poskakał kangur co oznacza, że okolica bezpieczna.

13.04 Princes Highway – Spencer Highway
112km, 6h01m, 18.6śr, 31.0max, 12-28°C

Rano było tylko 12°C. Wychodząc z namiotu od razu założyłem kurtkę. Australia przyzwyczaiła mnie to temperatur w okolicach 20 stopni w nocy. A tu taka zmiana. Rano przejechałem przez Port Germain, na chwilę zjeżdżając z głównej drogi pełnej ciężarówek. 20km dalej ponownie zjechałem z ruchliwej drogi i odwiedziłem kolejne miasto, Port Pirie. Zbliżając się do miasta wzrok przyciągają wysokie silosy na zboże, które znajdują się w centrum. Na głównej ulicy same zabytkowe budynki z IX i XX wieku. Nawet supermarket wkomponowany był w historyczną zabudowę miasta. Po dużej kawie w McD i godzinnym odpoczynku ruszyłem dalej do następnego miasta portowego Port Braughton 50 km dalej. Początkowo nawet wiatr sprzyjał, jednak im bliżej miałem do miasta, tym bardziej zaczynało się chmurzyć. Kiedy już dojechałem do Port Braughton rozpętała się straszna wichura. Zrobiło się ciemno i postraszyło ulewą. Na przeczekanie schowałam się w restauracji i zamówiłem górę frytek. Deszcz ominął miasteczko, a ja przed zmrokiem z niego wyjechałem aby poszukać miejsca do spania. Dobrze, że droga którą jechałem była mało ruchliwa, ponieważ po obu jej stronach były pola uprawne i niewiele dogodnych miejsc do rozbicia namiotu. W dodatku wiatr był wciąż bardzo silny i chciałem się nieco schować, aby znów nie szarpało namiotem całą noc. Jak na złość nie było gdzie. Nie mając wyboru schowałem się za małe wzniesienie za drogą i rozbiłem namiot na skraju ogromnego pola.

14.04 Princes Highway
116km, 17.9śr. 6h29m, 54km/h max, 18-27°C

W nocy trochę popadało, jednak do rana wciąż mocny wiatr zdążył wysuszyć mi namiot. Zaraz po świcie tuż przede mną przez drogę przebiegły mi dwa kangury, które z rozpędu przeskoczyły metrowe ogrodzenie z drutu kolczastego. Do tej pory widziałem jak kangury uciekają przechodząc pomiędzy drutami i nie sądziłem, że mogą tak wysoko skakać. Od rana pogoda nie rozpieszczała i przypominała bardziej polskie niż australijskie wybrzeże. 16°C, silny wiatr i przelotne opady deszczu. Do Port Wakefield jakoś mi się udawało nie zmoknąć, jednak dwa kilometry przed miasteczkiem nadeszła deszczowa chmura i zmoczyła w kilka minut. W Port Wakefield wyszło słońce i trochę się wysuszyłem. Zjechałem z głównej ulicy i wjechałem w małe centrum miasteczka na którego końcu był ciekawy naturalny basen z wodą morską. Zamiast kąpieli wolałem jednak ciepłą kawę i ciastko w jednej z miejscowych piekarni. Niestety nie udało mi się połączyć z siecią i wciąż nie jestem pewien noclegu w Adelaidzie. Swoją drogą bawią mnie sytuacje kiedy widząc na smartfonie nazwę restauracji czy hotelu, pracownik wciska mi, że nie ma WiFi. Rozumiem, że Free WiFi jest często dla klientów, jednak podanie mi hasła przecież nic nie kosztuje, podobnie jak woda z kranu. Za miastem droga przypominała nieco autostradę z dwoma pasami ruchu w każdym kierunku i bezpiecznym pasem awaryjnym po którym jechałem. Nocleg w namiocie za stacją paliw z której znalazłem otwarte WiFi. Na dzień przed wjazdem do Adelaide wszystkie moje opcje noclegów niestety nie wypaliły i musiałem szukać czegoś na szybko. I znów uśmiechnęło się do mnie szczęście. Poprzez Tomka z Polski, którego rodzina mieszka w Adelaide, udało mi się znaleźć miejsce na odpoczynek. W międzyczasie odpisały mi jeszcze dwie osoby z Warmshowers, więc spokojnie mogłem kierować się do miasta.

15.04 Adelaide
125km, 16.3śr, 7h40m, 33.0max, 16-27°C

Rano czekało mnie kilkadziesiąt kilometrów jazdy zanim dojechałem do stolicy i największego miasta stanu Australii Południowej. Im bliżej było miasta, tym pas awaryjny po którym się poruszałem był coraz węższy, a chwilami nie było go wcale. W miasteczku Two Wells zjechałem z głównej drogi i jechałem trochę spokojniejszą trasą. Potem jednak znów musiałem wjechać na główną A1, ale przynajmniej było coraz więcej pasów ruchu dla rowerów. Na początek skierowałem się do portu w Adelaide. Tutaj minąłem wielkie hale i magazyny, które przypominały mi podobne w USA. Przejechałem przez główną ulicę Port Adelaide i skierowałem się do wybrzeża. Tutaj mogłem nacieszyć oczy mocno odmiennym widokiem. Pustynię i rozległe równiny zastąpił błękit oceanu i szerokie piaszczyste plaże. Przez następne kilkanaście kilometrów wzdłuż plaży poruszałem się po ścieżkach rowerowo-pieszych, po których biegali i spacerowali mieszkańcy. Tak dojechałem do dzielnicy Glenelg, która założona została jako pierwsza osada w Australii Południowej. Po dzielnicy wciąż jeździ tramwaj, który łączy dzielnice Adelaide od 1873 roku. Z Glenelg drogą Anzac Way skierowałem się do ścisłego centrum Adelaide. Urbanistyczny plan zabudowania miasta oparty został na kwadracie o boku jednej mili otoczonym szerokim pasem parków z szerokimi ulicami i alejami przecinającymi się pod kątem prostym. To bardzo ciekawe rozwiązanie zapewniające miastu dużo terenów zielonych oraz doskonale zabezpieczenie przed smogiem. Przez centrum przejechałem z południa na północ mniej więcej przez sam środek miasta, w którym dominują wysokie wieżowce ale i nie brakuje zabytkowych budynków z czasów powstania miasta. Północną część miasta przecina rzeka Torrens, która kiedyś zapewniała wodę mieszkańcom miasta, a dziś wzdłuż niej znajduje się wiele głównych atrakcji Adelaide. Adelaide nazywana jest miastem kościołów a najbardziej znanym jest katedra Św. Piotra, która jest jedną z ważniejszych świątyń w całej Australii. Z centrum udałem się  z powrotem na północ, gdzie czekał na mnie Arek z rodziną i miejsce na odpoczynek.

16.04 Adelaide 0km, 16-25°C

Niby dzień wolny od jazdy, a pracy przy rowerze cała masa. Przynajmniej udało mi się dokładnie umyć cały sprzęt z piachu pustyni zalegającego na sakwach i w osprzęcie roweru. Dokładnie wyczyściłem i przesmarowałem też cały napęd. To już 6000km, a nic jeszcze nie przeskakuje i łańcuch wciąż płynnie się kręci. Korzystając z czasu pozamieniałem wszystkie opony. Teraz najbardziej startą oponę z czerwonym paskiem przełożyłem na przyczepkę, na której jest najmniejsze obciążenie. Nową oponę z przyczepki założyłem na tył roweru, a z powrotem na przód wróciła opona z tylnego koła. Gruby Panaracer z przyczepy w rozmiarze 42 nieźle wygląda z tyłu roweru. W tej konfiguracji chcę dojechać do końca wyprawy. Mam nadzieję, że dalej bez żadnych dziurawych dętek. Jak sobie pomyślę, że wyprawa trwa od półtora miesiąca, a to dopiero mój drugi wolny od jazdy dzień to sam jestem pod wrażeniem swojej kondycji i wytrzymałości. Fizycznie i tak nie czuję żadnego zmęczenia po całym dniu pedałowania. Bardziej głowa daje do zrozumienia, że przydało by się zająć myśli czym innym. Tym razem dzięki pomocy Arka i jego rodziny mam okazję na „day off” w okolicach Adelaide. W takie wolne dni jakoś wcale nie mam ochoty wychodzić z domu i zwiedzać czegokolwiek a siedzenie na kanapie z telefonem w ręku przed TV to moje ulubione zajęcie. W sumie chyba nic w tym dziwnego skoro ostatnie tygodnie na zewnątrz pomieszczeń jestem 24 godziny na dobę i ciągle zwiedzam coś nowego. Razem z bratem Arka, Robertem pojechałem tylko na zakupy do marketu i „warzywniaka”. Robert pokazał mi też sklep z polskimi produktami, który co trochę dziwne prowadziła Azjatka 🙂 Ceny polskich produktów w australijskich cenach też wyglądały dla mnie dziwnie. O dziwo banany, jabłka, a nawet gruszki były tańsze niż u nas w Polsce. Pierwszy raz spróbowałem też owoców Passion Friut i Kiwano. Na kolację była prawdziwa uczta z kangurem w roli głównej. Jego mięso w trzech różnych wersjach. Jako steki, mielone kotlety w formie małych kulek oraz w zaprawie. Wszystkie bardzo mi smakowały, a najbardziej mielone. Muszę przyznać że to naprawdę pyszne mięso, a do tego bardzo zdrowe o małej zawartości tłuszczu, egzotyczne, o ciekawym smaku i zapachu oraz stosunkowo niedrogie jak na warunki australijskie. W międzyczasie miałem okazję zabawy z domowych zwierzakiem, Kubusiem. To zabawna papuga, która łapie dziobem lub chwyta pazurkiem za palec i rytmicznie macha głową raz w górę, a raz z dół. Wieczór zakończony filmem i lodami 🙂

17.04 Adelaide – Landhorne Creek
101km, 15.8śr, 6h22m, 43.4max, 12-26°C

6000km przekroczone! Fajnie jest wyjechać w trasę w czystych ciuchach, po śniadaniu i porannej kawie. Rano pożegnałem Arka z rodziną i ponownie ruszyłem w kierunku centrum Adelaide. Trochę inną trasą przejechałem ścisłe centrum miasta. Zajechałem do dwóch sklepów rowerowych licząc na szybki i tani serwis pedała SPD, który ma luz i czasami hałasuje. Niestety w obu sklepach zalecano mi zakup nowych pedałów. Za serwis sprzedawca chciał 50$, a za nowe 520-stki zaproponował prawie 80$. Podziękowałam i liczę na to, że nie odpadnie do końca podróży. Dopóki nie przeszkadza mi w jeździe nie ma większego problemu. Swoją drogą to jedyne łożyska w rowerze których nie przesmarowałem dodatkowo przed wyprawą. Parę lat temu przez Amerykę Północną takie same pedały przejechały 26000km, teraz po zaledwie 5000km zaczęły się problemy. Shimano niedługo zupełnie przestanie smarować swój sprzęt, aby szybciej się zużywał, a klient szybciej kupował nowy… Po wyjeździe z miasta skierowałem się na górę Mount Lofty. To jedno z wyższych wzniesień w okolicy miasta o wysokości ponad 700m n.p.m. Na początku podjazdu nachylenie wynosiło ponad 10% i musiałem się trochę napocić. W sumie to mój pierwszy typowy podjazd w Australii od początku wyprawy. Wjeżdżając na górę miałem inhalację z olejków eterycznych. W powietrzu mocno wyczuwalny był zapach eukaliptusa i sosny. Na szczycie Mount Lorny znajduje się charakterystyczna wieża przypominająca latarnię morską oraz restauracja ze sklepem z pamiątkami. Sądząc po ilości osób na szczycie to bardzo popularne miejsce. Z punktu widokowego bardzo dobrze widać całą aglomerację w Adelaide jak i jej ścisłe kwadratowe centrum otoczone pasmem zieleni. W oddali widać było nawet część wybrzeża. Po nawet niezbyt długim podjeździe liczyłem na równie szybki zjazd. Od południowej strony wzgórze jednak było bardziej pofalowane i zanim zupełnie zjechałem w dolinę musiałem pokonać jeszcze kilka mniejszych wzniesień. Nocleg w namiocie przed wioską Landhorne Creek.

18.04 Landhorne Creek – Coorong National Park
124km, 17.7śr, 6h59m, 43.7max, 12-25°C

Noc i poranek mocno wilgotna i dość chłodna. Na namiocie i rowerze zebrało się sporo wody. Dawno nie pakowałem mokrego namiotu do worka. Prawie do południa jechałem w kurtce i czapce, nawet gorąca kawa na stacji paliw jakoś nie za bardzo mnie rozgrzała. Poranek przejechałem wśród winnic i winorośli. potem wzdłuż brzegów jeziora Alexandrina. W miasteczku Wellington miałem niespodziewaną przeprawę promową przez rzekę Murray. 200 metrów, kilka minut przeprawy małym promem. Potem przez większość dnia wiatr pomagał, więc tempo jazdy nieco wzrosło. Dzięki temu mogłem dłużej odpocząć w miasteczku Meningie, tuż przy jeziorze Lake Albert. Przy brzegu jeziora w centrum miasta znajdował się park z całym zapleczem turystycznym i niewielką plażą. Błogi spokój zakłócały tylko hałaśliwe duże białe papugi na drzewach. Po odpoczynku i małych zakupach zaraz za miastem wjechałem do Parku Narodowego Coorong, w którym obserwować można wiele gatunków ptaków. Z daleka udało mi się zobaczyć kilka pelikanów. Nieco wcześniej w zagrodzie widziałem kilka alpak, a za chwilę grupkę ośmiu emu, które o dziwo nie były jakoś zbytnio strachliwe. Nocleg na obrzeżach parku przy samej zatoce z super zachodem słońca.

19.04 Landhorne Creek – Kingston
135km, 7h58m, 16.9śr, 36max, 13-24°C

Po ponad 6200km pękła mi szprycha w tylnym kole. Oczywiście mogłaby nie pęknąć wcale, ale to i tak dobrze świadczy o kołach Ronin’a. Zdarzało mi się wymieniać tylne koło już po 2-3 tys.km na wyprawie, a po tak długim dystansie i szutrowych odcinkach to dopiero jedna szprycha. Na razie jadę dalej. Jeśli pęknie druga to wtedy zacznę się martwić, a koło ma tylko minimalną centrę. Rano znów dość chłodno ale namiot suchy mimo, że spałem parę metrów od brzegu zatoki. Przez pół dnia jechałem wzdłuż zatoki w Parku Narodowym Coorong. Kawałek oceanu zobaczyłem dopiero, kiedy dojechałem do miasta Kingston. Tutaj dłużej odpocząłem. Potem do końca dnia towarzyszyły mi konie, krowy, owce i kangury, które potrafią żyć w zgodzie ze zwierzętami domowymi. Nawet owce nic sobie nie robią z obecności torbaczy wśród swojego stada. Nocleg w namiocie na polu z owcami, na którym brama jako jedna z nielicznych nie była zamknięta na kłódkę. Przez ogrodzone pola coraz trudniej znaleźć dobre miejsce na nocleg.

20.04 Princes Highway
117km, 6h24m, 18.2śr, 33.7max, 16-26°C
 
Wychodząc z namiotu, rano czekał na mnie komitet powitalny w postaci grupy owiec, niezbyt zestresowanych. Poranek nareszcie troszkę cieplejszy niż przez ostatnie kilka dni. O 7:30 jechałem już bez kurtki i czapki. Plan na dziś nie był jakiś wymagający. Kiedy dojechałem do miasteczka Robe, które znajduje się przy pięknej plaży, zrobiłem sobie długie śniadanie z widokiem na ocean. Potem znów trochę jazdy po małych pagórkach i kolejna przerwa przy plaży koło miasteczka Beachport. Tutaj pierwszy raz spotkałem się ze znakiem drogowym „Uwaga na wombaty” Znaków minąłem kilka, ale zwierzaków nie widziałem. W kolejnym, już nieco większym miejsce Millicent byłem po 14:00 z przejechanym dystansem prawie 110km. Popołudnie zrobiło się prawie gorące, więc naszła mnie ochota na lody. Akurat trafiłem na fajną promocję za 50%, 8 lodów na patyku w różnych smakach (mięta, pomarańcza i wanilia). Wciąż nie mogę zrozumieć jak 4L lodów mogą kosztować 4$, 2L 5$, a 1L lodów 9$ ??. Chętnie był kupił 4L, ale głupio wyrzucić 2.5L do kosza… W Adelaide, podczas dnia wolnego miałem zabukować bilet na prom na Tasmanię i zupełnie zapomniałem. Zrobiłem to więc dziś. Prom z Melbourne do Devonport i z powrotem z rowerem to koszt ponad 250$. Poszalałem i cztery dni spędzę na Tasmanii. Rejsy wykupiłem w godzinach nocnych, więc problem z dwoma noclegami rozwiązany. Korzystając z wolnej chwili z WiFi wysłałem też kilka zapytań o nocleg w warmshowersach, których jest coraz więcej, im bliżej Melbourne. Potem jeszcze post na FB, relacja na stronę, trochę pisania przez Messengera i zrobiło się po 17:00. W Millicent było kilka ładnych murali i kolorowy budynek w centrum, ale już nawet nie było czasu żeby zdjęcia zrobić. Musiałem wyjechać z miasta i znaleźć miejsce na spanie. Jakieś 8km dalej wjechałem w niewielki zagajnik sosnowy, który wydawał się idealny.
 
21.04 Princes Highway
111km, 6h23m, 17.3śr, 39.4max, 15-24°C

Rano obudziły mnie kruki, które podobnie jak i ja wybrały na nocleg kawałek lasku. Nawet szybko dojechałem do miasta Mount Gambier, w którym znajduje się niezwykła atrakcja turystyczna. W ścisłym centrum miasta przystosowano do zwiedzania ogromne, głębokie leje krasowe. W jednym utworzono nawet wodospad, który wpada do podziemnej jaskini. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotkałem się z taką atrakcją podczas swoich wypraw. Niedaleko za Mount Gambier przekroczyłem granicę kolejnego, piątego na mojej drodze australijskiego stanu i wjechałem do Victorii. Od samego początku moją uwagę zwróciły lasy iglaste. Większość z nich to co prawda plantacje drzew.

22.04 Princes Highway
131km, 17.3śr, 7h34, 39.2max, 16-24°C

Noc i poranek nieco deszczowy i chłodny. Nie zmokłem jednak jakoś bardzo, a perspektywa spania kolejnej nocy pod dachem napawała optymizmem. Na poranną kawę dojechałem do Portland, miasteczka portowego. Kolejne kilometry jechałem wzdłuż wybrzeża z widokiem na port i duże kontenerowce. Na trasie do Port Fairy spotkało mnie kilka niespodzianek. Spotkałem Coleen z USA, która zaczęła rowerową podróż w Melbourne i jechała do Perth. Od jednego z kierowców dostałem jabłko 🙂 Najbardziej ucieszył mnie jednak widok misia koala, który objadał się liśćmi eukaliptusa wysoko na drzewie. Futrzakowi nie przeszkadzało, że robię mu zdjęcia i zajadał się w najlepsze. Potem chwilę pozwiedzałem centrum i port w Port Fairy i udałem się do domu Thomasa i jego żony, którzy czekali na mnie z noclegiem. Warmshowersi rowerowym podróżnikom oferują nocleg w przystosowanej do tego celu altanie w ogrodzie za domem. Świetne miejsce ze wszystkimi wygodami. Na kolację tym razem zamiast kangura była baranina 🙂

23.04 Princes Highway – Great Ocean Road
128km, 17.3śr, 7h23m, 46.9max, 14-25°C

Po nocy spędzonej w luksusowej altanie, Thomas i jego żona nie chcieli mnie wypuścić z domu bez śniadania. Zjadłem więc kilka tostów z dżemem i bananami oraz wypiłem cappuccino. W porannych wiadomościach z Melbourne ostrzegali przed mgłą, która towarzyszyła mi aż do kolejnego miasta Warrnambool. Tutaj w McD wypiłem kolejną kawę i zrobiłem zdjęcie przy mecie dorocznego wyścigu kolarskiego z Melbourne do Warrnambool na dystansie 288km, który organizowany jest od 1895 roku! Kilkanaście kilometrów dalej wjechałem na drogę turystyczną Great Ocean Road, która jest moim kolejnym celem wyprawy. Długość drogi GOR wynosi 240km i kończy się ona w mieście Torquay, przed Geelong. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów droga biegnie pośród pól i niczym się nie wyróżnia. Dopiero kiedy dojedzie się do wybrzeża oceanu, w okolicach osady Peterborough, zaczynają się największe jej atrakcje czyli głębokie zatoki, wysokie klify, skały wystające z wody oraz okna skalne.
Najważniejsze z nich to Bay of Islands, London Bridge, Loch Ard Gorge, Twelwe Apostoes. Najbardziej znany jest zespół kilku skał o nazwie „Dwunastu Apostołów”. Niestety w rzeczywistości pozostało już tylko trzy wysokie i kilka mniejszych kolumn wystających z morskich otchłani. Oczywiście wszystkich turystów najbardziej interesuje to miejsce, więc w jego okolicach znajduje się spory parking z zapleczem turystycznym. Z parkingu do punktu widokowego idzie się kilka minut, przechodząc po wyznaczonej trasie prowadzącej krótkim tunelem pod drogą GOR. Kiedy dojechałem do głównej atrakcji była prawie 17:00, więc musiałem jak najszybciej wyjechać z parku narodowego i zacząć rozglądać się za miejscem na nocleg. Jednak kiedy skończył się park, zaczęły się gospodarstwa i ogrodzone pola. Tuż przed zmrokiem dojechałem do niewielkiej zatoczki, zapewne po robotnikach drogowych, którzy remontowali drogę. Namiot rozbiłem między krzakami a ogrodzeniem kilka metrów od drogi. Wieczorem, kiedy zrobiło się cicho, w oddali słyszałem fale oceanu.

24.04 Great Ocean Road
144km, 8h22m, 17.1śr, 44.1max, 16-24°C

Poranek cieplejszy niż ostatnie kilka poprzednich. Od samego rana musiałem się zabrać mocno do roboty, aby maksymalnie zbliżyć się do Melbourne. Jutro o 19:30 mam prom na Tasmanię i wolałbym się nie spóźnić. Tymczasem do Melbourne jeszcze rano miałem ponad 260km. Niedługo po tym jak ruszyłem na trasę, zaczęły się podjazdy, zakręty i roboty drogowe. Jak sama nazwa wskazuje, droga powinna biegnąć przy oceanie, a tymczasem ponad połowa Great Ocean Road prowadzi polami i lasami. Środkowa część GOR pomiędzy Princestown, a Apollo Bay bardziej przypomina podgórskie drogi. Jest sporo stromych podjazdów i zjazdów, zakrętów i serpentyn. Wzdłuż drogi rosną głównie wysokie drzewa eukaliptusowe. Miejsc z których widać ocean jest tylko kilka. Dopiero przed samym zjazdem do miasteczka turystycznego Apollo Bay jest więcej punktów widokowych. Kiedy zjechałem do Apollo Bay zachmurzyło się i przeszła burza. Deszcz z przerwami padał kilka godzin i raz musiałem przeczekać krótką ulewę na przystanku. Dalsza droga do miasta Lorne już nie była taka męcząca. Podjazdów było zdecydowanie mniej, a znaczna część trasy prowadziła przy samym brzegu oceanu. Niestety nie udało mi się dojechać do miasta Geelong, w którym miałem umówiony nocleg. Spanie w namiocie w krzaczorach kilka kilometrów przed miasteczkiem Anglesea.

25.04 Great Ocean Road – Melbourne
150km, 7h54m, 18.9śr, 38.5max, 15-24°C

Kiedy wyruszałem rano w trasę, znak drogowy informował o 118km do Melbourne. Popołudniu udało mi się dojechać do miasta, ale licznik pokazał dystans 150km. Do miasta Geelong i kawałek dalej nie było problemów. Trochę kręcenia zaczęło się w wąskim gardle pomiędzy Geelong a Melbourne. Pomiędzy miastami przebiega ruchliwa autostrada M1 Freeway, po której nie miałem ochoty jechać i szukałem innych opcji. Z Geelong ścieżkami rowerowo-pieszymi dojechałem do wioski Lara, następnie drogami bocznymi do Little River. Kolejne 10km do miasta Werribee przejechałem autostradą M1, po której wolno poruszać się na rowerze. Na autostradzie z trzema pasami ruchu w każdym kierunku i szerokim pasem awaryjnym była zadziwiająco niska maksymalna dopuszczalna prędkość wynosząca 100km/h. Za Warrabee wszystkie drogi kierowały mnie ponownie na M1 do Melbourne. Musiałem szukać innych rozwiązań. Ścieżki i drogi rowerowe co chwilę się kończyły lub skracały w kierunki do których nie chciałem jechać. Tuż przed Melbourne na przeszkodzie stanął długi i wysoki most Westgate Bridge. W sumie nie wiem czy można nim było przejechać na rowerze, ale skoro znalazłem się pod samym mostem wolałem jechać kawałek dalej do krótszego i niższego, niż wracać się jakieś 2km, aby wjechać na most. Trochę nie umyślnie wjechałem do centrum Melbourne z którego już w miarę łatwo udało mi się dojechać do portu, z którego odpływał prom na Tasmanię. Bilet na prom kupiłem kilka dni wcześniej. Specjalnie wybrałem rejsy nocne, aby nie tracić dwóch dni na podróż tam i z powrotem. O 17:00 zameldowałem się w porcie i nawet szybko przeszedłem odprawę, która była tak samo szczegółowa jak przed lotem. Podobnie jak w samolocie miałem zapewnione numerowane miejsce na fotelu. Poza tym na promie było sporo atrakcji jak kino, pokój gier, restauracja. Niestety brakowało jednego – darmowego WiFi. Kilkanaście kilometrów przed Melbourne przekroczyłem 7000km przejechane podczas wyprawy na rowerze trochę okrężną drogą z Perth.

26.04 Tasmania
104km, 16.9śr, 6h8m, 44.1max, 11-23°C

Zamiast siedzieć w fotelu i próbować spać na siedząco, zszedłem na niższy pokład i rozłożyłem się w pustej restauracji na wygodnej kanapie. Tylko światła trochę przeszkadzały. Chwilę przed 6:00 załoga promu zaczęła wybudzać pasażerów. O 6:30 prom dobił do brzegów Tasmanii i mogłem ruszyć w drogę. Przed wejściem z terminalu była ponowna kontrola Biosecurity. Poza tym, że było nieco chłodniej i wietrzniej niż na kontynencie to większej różnicy na początku nie zauważyłem. Dopiero kiedy bardziej wjechałem w głąb wyspy, zaczęła ona pokazywać swoje piękniejsze oblicze. Dużo jezior i strumieni, zieleni, lasów, pól na których pasą się tysiące owiec, ale przede wszystkim więcej wzniesień, pagórków i pojazdów. Tego najbardziej mi brakowało podczas wyprawy przez kontynent. Do miasta Launceston, w którym miałem umówione aż dwa noclegi z portu w Devonport było tylko 100km. Do 14:00 uporałem się z dystansem. Zrobiłem zakupy, trochę pozwiedzałem i objechałem miasto. Dom Roger’a z Warmshowers znajdował się tuż przy centrum miasta na zboczu wzgórza. Aby do niego dojechać mogłem wybrać nieco dłuższą i mniej stromą drogę lub pojechać najkrótszą o nachyleniu prawie 20%. Wybrałem trudniejszą, ale przy okazji nieźle się zmachałem. Plan na jutro jest jeden. Zdobyć najwyższą drogę Tasmanii!

27.04 Tasmania
131km, 8h02m, 16.3śr. 54.6max, 4-22°C

Tuż po siódmej rano, kiedy zrobiło się jasno, ruszyłem w trasę z zamiarem zdobycia najwyżej drogi na Tasmanii. Poranek bardzo chłodny. Aż dziwnie było widzieć mieszkańców Tasmanii poubieranych w zimowe kurtki i czapki. Ja także musiałem założyć trochę więcej na siebie. Zaraz za miastem zaczął się podjazd, więc niedługo potem byłem rozgrzany. Zanim jednak zacząłem właściwy podjazd do przejechania miałem ponad 40km. Krajobraz na całej wyspie zdominowany jest przez zielone łąki, na których pasą się owce. Tuż przed głównym podjazdem zrobiłem sobie dłuższą przerwę na śniadanie. Tym razem na trasę nie zabrałem przyczepy i namiotu. Część sprzętu została w domu Roger’a u którego mam kolejną noc, więc nie było sensu wwozić wszystkiego na górę. Początek podjazdu na drodze Ben Lomond Road stromy o nachyleniu powyżej 10%. Dopiero po kilku kilometrach kiedy wjechałem na teren Parku Narodowego zrobiło się nieco bardziej płasko. Przez większość osiemnasto-kilometrowego podjazdu droga prowadzi wśród wysokich drzew i tylko chwilami można zobaczyć coś w dolinie lub kawałek skały powyżej. Dopiero powyżej granicy lasu mogłem pozachwycać się widokami z wyższej perspektywy. Po dwóch miesiącach jazdy po płaskich pustyniach to moja pierwsza góra z prawdziwego zdarzenia więc nic w tym dziwnego, że zachwycają mnie górskie krajobrazy, w dodatku na egzotycznej wyspie na krańcu świata. Gdy skończył się las dojechałem do miejsca zwanego Jacob’s Ladder. Droga w tym miejscu zwija się w sześć krótkich serpentyn, które prowadzą w górę po stromej ścianie zbocza. Przejazd „drabiną Jakubową” trwa tylko kilka minut, ale to najtrudniejsza, najbardziej stroma i najciekawsza część drogi. Powyżej serpentyn znajduje się długi płaskowyż, w którego dalszej części zauważyć można budynki wioski, które znajdują się około trzy kilometry dalej. Z drogi w dolinie zaobserwowałem wysokie kłęby dymu z kontrolowanego wypalania buszu. W wiosce przy budynku Taskańskiego Klubu Alpejskiego kończy się najwyższa droga na Tasmanii o wysokości ponad 1450m n.p.m. Trochę wyżej znajduje się drugi najwyższy szczyt Tasmanii – Legges Tor. Wioska to doskonały punkt z którego można wejść na szczyt. Jest tu hotel, schronisko i mały sklep. W okolicy schroniska biegają małe kangury, zapewne licząc na łatwe jedzenie od turystów. Na wysokości prawie 1500m było chłodno i wietrznie, więc ubrany w cieplejsze rzeczy zacząłem zjazd w dół. Na stromych, ostrych nawrotach hamulce miały trochę pracy. Zjazd podobnie jak podjazd sprawił mi wiele frajdy. Nawierzchnia na drodze jest szutrowa, jednak o bardzo dobrej jakości. Nie ma zbyt wielu kamieni ani dziur. Chwilami tylko pojawiają się niewielkie pofałdowania. Do Launceston dojechałem tuż przed zmrokiem z dystansem ponad 130km i przewyższeniem ponad 1700m w górę. Niezły trening przed wjazdem w Alpy australijskie 🙂 Najtrudniejszy podjazd czekał mnie na sam koniec dnia ponieważ ponownie musiałem dojechać do domu Roger’a który znajduje się na zboczu do którego prowadzi bardzo stroma droga.

28.04 Tasmania
119km, 16.8śr, 7h03m, 41.6max, 5-22°C

Trzeci i ostatni dzień na Tasmanii minął w drodze powrotnej do Devonport, skąd wieczorem miałem prom do Melbourne. Mając cały dzień na przejechanie 100km nie spieszyłem się w ogóle. Nawet rano pożegnałem Roger’a i wyruszałem w drogę godzinę później niż zwykle. Poranek znów chłodny, o 7:00 temperatura wynosiła 5°C. Aby nie jechać dwa razy tą samą drogą tym razem wybrałem drogę Bass Highway nr 1. Mimo, że to główna droga to nie była jakoś szczególnie zatłoczona. Do Devonport dojechałem przed 16:00. Udałem się do centrum na małe zwiedzanie i zakupy. W sumie zjechałem tylko nabrzeże na którym znajdowała się ścieżka rowerowo-piesza. Dojechałem do latarni morskiej i posągu Posejdona. Terminal z którego odpływa prom znajduje się we wschodniej części miasta, natomiast centrum w zachodniej. Aby przejechać z jednej części do drugiej trzeba pokonać most przy głównej drodze na końcu długiej zatoki. Do przejechania jest około 4km. Prom przypłynął po 18:00 a pasażerów pieszych na pokład wypuszczono o 19:30. Dokładnie o 21:00 prom wypłynął w rejs powrotny, a o 6:30 rano dopłynął do Melbourne. Noc zamiast na niewygodnym fotelu ponownie spędziłem na kanapie w restauracji, na której udało mi się przespać kilka godzin podróży.

29.04 Melbourne – Cranbourne                                                                                                                                       98km, 17.śr,5h48min, 37,4max, 12-25C

Po opuszczeniu promu bardziej myślałem o spaniu niż zwiedzaniu miasta. Ogólnie to w ogóle nie przepadam za zwiedzaniem wielkich metropolii. Ponownie posypał mi się plan na nocleg w Melbourne, więc tylko przejechałem część centrum Melbourne i udałem się na południowy-wschód. Muszę jednak przyznać, że rowerem po Melbourne jeździ się bardzo dobrze. Na większości ulic są bikepasy po których jedzie się najlepiej. Oczywiście jest też kilka dróg rowerowych dwukierunkowych oraz wiele ścieżek rowerowo-pieszych prowadzących przez miasto. Za miastem wjechałem na bardzo przyjemną ścieżkę rowerową prowadząca przy wybrzeżu. Z okazji niedzieli było na niej wielu rowerzystów, biegaczy i rolkarzy. Na równoległej drodze były bikepasy więc wybór należał do mnie, czy chce jechać po ścieżce czy po jezdni. Po południu dostałem wspaniałą wiadomość. Na mojego maila na Warmshowers odpowiedziała Yvonne z miasta Cranbourne. Zgodziła się abym został u niej w domu na dwie noce, więc będę miał dla siebie dzień odpoczynku. Za mną trudny podjazd na Tasmanii, a przede mną kilka wyzwań w Alpach, więc odpoczynek jak najbardziej wskazany.

30.04 Cranbourne
0km, 6-18°C
 

Mój trzeci wolny od jazdy dzień w Australii przeznaczony na odpoczynek. Spanie do ósmej, śniadanie i kawa nie jest  dla mnie tutaj codziennością. Przed południem postawiłem podjechać do miejscowego sklepu rowerowego aby naprawić tylne koło, w którym parę tygodni temu pękła szprycha. Gdyby nie przejazd przez góry zapewne bym nie naprawiał. Jednak podjazdy jeszcze mocniej obciążają tylne koło, które i tak jak do tej pory spisuje się nadzwyczaj dobrze. W mieście zatrzymał mnie Turek o imieniu Ali, który ma w planach przejechać rowerem z Australii do Turcji. Po krótkiej rozmowie Ali wręczył mi 20$, w ten sposób naprawa roweru zwróciła się prawie w całości:) Pozostała część dnia minęła na leniuchowaniu i planowaniu dalszej podróży przez góry. Trochę pomogła mi w tym Yvonne, która była w wielu miejscach przez które chcę przejechać.

1.05 Cranbourne – Moondarra
122km, 6h24m, 19.0śr, 38.6max, 8-25°C
 
Najprzyjemniejszą chwilą było dziś wyjechać w drogę czystym, w pachnącym ubraniu, naprawiony rowerze i po śniadaniu i świeżych, wypoczętych mięśniach. Wszystko dzięki Yvonne z Warmshowers w Cranbourne. W sumie cały dzień był dobry, a popołudnie nieco cieplejsze. Do 14:30 zrobiłem 100km nie męcząc się zbytnio. Trasa w miarę płaska z niewielkimi wzniesieniami. Do miasta Moe kawałek przejechałem autostradą M1 na odcinku po którym oczywiście można było się poruszać na rowerze. W sumie to już chyba szósty lub siódmy kraj, w którym legalnie jechałem rowerem po autostradzie. W Moe zrobiłem zakupy oraz przerwę w sieci fast food Hungry Jack, która mocno przypomina amerykańskiego McD. Oferta w sumie bardzo podobna ale ceny minimalnie niższe. Standardowo wziąłem kawę i lody w kubku w polewie karmelowej. Pod wieczór kiedy zaczynałem szukać miejsca na nocleg najechałem na drucik i przebiłem dętkę. Oczywiście dowiedziałem się o tym, kiedy dokładniej obejrzałem wnętrze opony. Druty to z reguły pozostałości opon ciężarówek, które ulegają zniszczeniu na drodze. W USA takie małe druty były dla mnie koszmarem. Tutaj to jak na razie pierwsza przebita dętka po przejechaniu 7657km i mam nadzieję ostatnia. Po sześciu nocach „pod dachem” spanie w namiocie w lesie, przy granicy Parku Stanowego Moondarra.
 
2.05 Moondarra – Woods Point
106km, 13.5śr, 7h49m, 32.4max, 8-19°C
 
O świcie obudziły mnie kruki, które głośno miauczały na drzewach. Poranek dosyć chłodny ale suchy. Od rana niebo zachmurzone na szczęście przez cały dzień nie padało. Dość mocno się dziś napracowałem na podjazdach. Początek dnia bardzo interwałowy. Droga do zapory Thomsona, która zasila w wodę między innymi Melbourne, prowadziła raz w górę a raz w dół. Nie było zbyt wielu płaskich odcinków. Po przejechaniu przez koronę zapory dalsze 2km były bardzo strome. Musiałem się mocno napocić aby przejechać ten odcinek. Dalej minąłem skrzyżowanie, za którym droga zmieniła nazwę na Walhalla Road i od tego momentu zaczął się szuter. Potem był jeszcze sztywny podjazd na wysokość ponad 1100m n.p.m. do osady Aberfeldy. Dopiero od tego miejsca było więcej jazdy po płaskim, a na koniec dnia kilku kilometrowy zjazd do miasteczka Woods Point. Tutaj zaopatrzyłem się w wodę a wyjeżdżając z Woods Point zobaczyłem darmowe pole namiotowe na którym zostałem na noc.
 
3.05 Woods Point – Mansfield
108km, 16.4śr, 6h33m, 46.4max, 8-24°C
 
Dziś ponownie spodziewałem się ciężkiego dnia a tymczasem było nadzwyczaj łatwo. Tylko pierwsze 8km miałem pod górę. Co prawda stromo, jednak po chłodnym poranku idealny podjazd na rozgrzanie się. Ponownie jak wczoraj przekroczyłem wysokość 1000 metrów n.p.m. na przełęczy Frenchmans Gap. Potem praktycznie do miasta Jamieson było w dół. Rozpędzać zbytnio się nie mogłem z powodu kamieni i pofałdowań na szutrze. W okolicach Gaffneys Creek była kopalnia złota A1 i co chwilę kursowały do niej ciężarówki pozostawiając za sobą chmurę kurzu. Po paru takich przejazdach byłem cały w piachu. Po dwóch ostatnich dniach rower także nadaje się do mycia i smarowania. Od Jamieson do Mansfield także spodziewałem się łatwego odcinka a tymczasem na tym odcinku były dwie małe przełęcze na 350 i 450m n.p.m. Do Mansfield dojechałem około 15:00 z setką na liczniku. Zakupy, przerwa, mycie z kurzu i przed wieczorem ruszyłem w kierunku góry Mount Buller, na którą jutro chcę wjechać. Nocleg w namiocie na parkingu niedaleko drogi i rzeki. Nie najlepsze miejsce, ale lepszego nie znalazłem.
 

4.05 Mansfield – Mansfield
100km, 15.5śr, 6h27m, 46max, 8-18°C

Zanim jeszcze dobrze zasnąłem rozpadało się i padało praktycznie do wschodu słońca. Rano miałem mokry namiot, śpiwór i małą kałużę w środku. Wykorzystałem krótką chwilę bez deszczu na złożenie namiotu i ruszyłem w górę. Dwa kilometry dalej minąłem punkt poboru opłat w Mirimbah, za którym są znacznie lepsze miejsca do campingu. Nieco wyżej schowałem przyczepę i namiot w pniu drzewa niedaleko drogi i dużo lżejszy zacząłem podjazd. Niestety ponownie przypominał o sobie deszcz, który zmusił mnie do schowania się. Kilkanaście minut odczekałem przy niewielkiej stacji pomocy drogowej, gdzie było trochę suchego miejsca pod dachem. Potem udało mi się dojechać na wysokość ponad 1500m i musiałem się chować w toalecie przy parkingu. W toalecie były pomieszczenia do przebierania się, ławki i co najważniejsze elektryczne suszarki do rąk. Dzięki temu mogłem podsuszyć swoje ubranie i buty. W międzyczasie zaczął sypać śnieg i w kilka minut przybieliło drogę i rower. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach przerwy w gęstej mgle dojechałem do miasteczka narciarskiego pod samym szczytem Mount Buller. Tutaj znów zaczęło padać, a temperatura wynosiła 3°C, więc wszedłem do jedynej otwartej restauracji i skusiłem się na gorącą kawę. Przeczekałem największy deszcz ze śniegiem i postanowiłem zjeżdżać w dół. Niestety do szczytu Mount Buller zabrakło mi tylko 2km i 170 metrów w górę. Ponownie przejechałem kilka serpentyn z których każda miała swoją nazwę. Na trasie spotkała mnie też niespodzianka w postaci domku w drzewie dla Gnomów. Od razu przypomniał mi się norweski podjazd na Trollstigen i jedyny znak drogowy na świecie z trollem. Z każdym metrem niżej pogoda się poprawiała, a na dole już nie padało wcale. Niestety ja byłem przemoczony. Wróciłem do miasta Mansfield i ponownie podsuszyłem ubranie w toaletowej suszarce do rąk. Potem zrobiłem zakupy i już miałem wyjeżdżać z miasta kiedy zagadnął do mnie Jarod i zaprosił do sobie. Zaproponował mi spanie w camperze w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem. Jak sobie pomyślę, że miałbym znów spać w mokrym namiocie i jutro jechać w mokrych ciuchach to nie robi mi się fajnie. U Jarod’a i jego rodziny zjadłem dobrą kolację, wziąłem prysznic oraz wyprałem i wysuszyłem wszystkie mokre rzeczy. Jarod poczęstował mnie też owocem, którego jak dotąd nawet na oczy nie widziałem. Owoc Feijoa (czyt. Fidżała) pochodzi między innymi z Nowej Zelandii. Jest słodki o lekko kwiatowym posmaku. Sądzę, że udało mi się namówić Jarod’a aby został Warmshowersem. Warunki do tego aby przyjmować gości ma znakomite.

5.08 Mansfield – Myrtleford
128km, 16.4śr, 7h52m, 42.7max, 8-25°C

Po super spaniu w camperze, rano śniadanie i kawa w towarzystwie Jarod’a i jego rodziny. Najedzony, rozgrzany, czysty i wyprany ruszyłem w drogę. Do miasteczka Whitfield prowadziła mało ruchliwa droga wzdłuż której skakały dziesiątki kangurów. Tuż przed miasteczkiem wjechałem na przełączkę o wysokości 750m n.p.m. W Whitfield po 65km zrobiłem sobie przerwę przy kawie w całkiem przyjemnej kawiarni. Widać było, że to ulubiona miejscówka okolicznych cyklistów. Sprzedawca nawet zaproponował mi schłodzoną i przefiltrowaną wodę. Pijąc kawę obmyślałem dalszą trasę i wahałem się pomiędzy dwoma drogami prowadzącymi do Jeziora Buffalo. Wybrałem krótszy, ale i górzysty wariant. Ponownie wjechałem na szuter i minąłem niewielką przełęcz powyżej 500 metrów. Potem zjechałem do Jeziora Buffalo i dojechałem do miasta Myrtleford. Przy sztucznym jeziorze zaporowym wciąż widać było konary drzew wystające spod wody. Akurat przyświeciło słońce i wyszło kilka ciekawych zdjęć. Do miasta dojechałem tuż przed zmrokiem i nie bardzo miałem gdzie spać. Zrobiłem szybkie zakupy i drogą rowerową poprowadzoną po starej linii kolejowej ruszyłem w kierunku miasta Bright. Spanie w namiocie jakieś 5km za Myrtleford na obrzeżach pola. 8000km przekroczone 🙂

6.05 Myrtleford – Porepunkah
100km, 14.8śr, 6h45m, 48.6max, 8-19°C

Rano okazało się, że spałem na polu pełnym krów. Wieczorem było już ciemno kiedy rozkładałem namiot, więc nic dziwnego, że nie widziałem zwierząt. Jedna była na tyle ciekawska, że podeszła na kilka metrów zaglądając mi w namiot. Poranek suchy, rześki. Do miasteczka Porepunkah dojechałem dalej kierując się drogą rowerową na starej linii kolejowej. Tutaj, na dużym rondzie skręciłem na drogę Mount Buffalo Road, która prowadzi pod najwyższy szczyt parku narodowego o tej samej nazwie. Kawałek dalej zostawiłem namiot i przyczepę u Rob’a z warmshowers u którego mam zaklepany kolejny nocleg. Idealna miejscówka na spanie po zdobyciu podjazdu. Przed podjazdem zjadłem śniadanie i wypiłem kawkę. Tak przygotowany ruszyłem w górę. Z Porepunkah do końca drogi jest 36km i ponad 1500 metrów w górę oraz kilka niewielkich zjazdów. Całą trasę pod wierzchołek The Horn pokonałem na spokojnie w niecałe pięć godzin. The Horn czyli róg ma wysokość 1723 metrów n.p.m. Droga prowadzi do wysokości około 1650m i na szczyt trzeba wejść pieszo. Ostatnie metry trzeba się troszkę poschylać i przeciskać przez skały aby dojść do „orlego gniazda” na szczycie. Ze szczytu mogłem podziwiać całą panoramę Alp australijskich, w tym także najwyższy szczyt Australii, Górę Kościuszki. Wspaniały dzień ukoronowany zdobyciem najwyższego szczytu Parku Narodowego Mount Buffalo 🙂 Rano było mgliście, ale kiedy wjechałem na ponad 600 metrów słońce towarzyszyło mi już przez cały dzień. Na trasie było sporo strumieni, zakrętów, trochę papug, kangurów i pawi. Żadne słowa jednak nie opiszą widoku skał wzdłuż drogi i zapachu eukaliptusa unoszącego się w powietrzu. Podczas zjazdu, zjechałem z głównej drogi i dojechałem do hotelu górskiego, przy którym znajdował się doskonały punkt widokowy na całą okolicę. Pod domem Rob’a miałem 99km i musiałem zrobić jeszcze małe kółko do pełnej setki 🙂 Na kolację Rób przygotował domową pizze w trzech wersjach. Wszystkie smakowały tak, jak z najlepszej pizzerii. Jutro ciąg dalszy górskiego etapu wyprawy po Australii.

7.05 Porepunkah – Omeo
132km, 16.1śr, 8h10m, 57.9max!, 2-16°C

Dziś był prawdziwie królewski górski etap i przejazd z Bright do Omeo przez najwyższą część drogi Great Alpine Road. Wjechałem na sam szczyt Mount Hotham na wysokość 1862m n.p.m., a chwilę wcześniej na przełęcz tuż pod szczytem. Poranek bardzo chłodny, tylko 2°C. Po szybkim śniadaniu ruszyłem w stronę miasta Bright. Tutaj zakupy, kilka kółek w centrum i półtora godziny później byłem już w wiosce Harrietsville, gdzie zaczyna się właściwy podjazd pod Mount Hotham. Z Harrietsville do szczytu jest około 30km i jakieś 1700m przewyższenia. Droga nie prowadzi tylko pod górę, na trasie jest kilka krótkich zjazdów. W trzech odcinkach jest dość stromo i ciężko mi było podjechać z całym ekwipunkiem. Co chwilę przy drodze znajdują się oznaczone miejsca ze znakami informujące o wysokości i krótkich historycznych wzmiankach na temat tej trasy. Droga została tak poprowadzona, że przez większość czasu widać z niej szczyt Mount Hotham. Jadąc w górę ponownie mogłem się rozkoszować zapachem eukaliptusa, który dawał przyjemne uczucie chłodu w nozdrzach. Podjazd do przełęczy The Cross zajął mi ponad cztery godziny, więc było całkiem sprawnie. Potem jeszcze drogą szutrową wjechałem na sam szczyt góry. W górnych partiach było chłodno i wietrznie. Cały dzień jechałem w ciepłych getrach i zimowych rękawicach. Niedaleko szczytu znajduje się miasteczko narciarskie Hotham Heights z resortami i hotelami. Oczywiście poza sezonem praktycznie nic się tu nie dzieje. Na zjeździe do miasta Omeo także było trochę pojazdów. Ostatni, tuż przed miastem wymęczył mnie strasznie. Wcześniej minąłem punkt widokowy z którego widziałem Górę Kościuszki. Ponieważ skończyła mi się woda musiałem wjechać do miasta. Wodę uzupełniłem przy informacji turystycznej. Mimo, że wszystkie miasteczka wydają mi się podobne, Omeo nawet mi się podobało. Może dlatego, że zbudowane zostało na zboczu wzgórza. Spanie w namiocie, na otwartym polu za spróchniałym drzewem.

8.05 Omeo – Nariel Valley
126km, 15.9śr, 7h55m, 48.5max, 5-23°C

Rano temperatura około 5°C. Przed świtem niedaleko namiotu skakała jakaś większa grupka kangurów, były na tyle głośne, że się przebudziłem. Dni są coraz krótsze i w sumie jeżdżę tylko w świetle dziennym od 7:00 rano do około 17:30. Od 18:00 z reguły leżę już w śpiworze, bo tak jest najcieplej. Więcej czasu spędzone w namiocie niż na rowerze to nie najlepsze proporcje. Zaraz za Omeo czekał mnie stromy podjazd na 800 metrów, na którym się rozgrzałem. Potem zjazd do wioski Benambra. W Roadhouse zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i kupiłem paczkę „nabojów” lukrecji w białej czekoladzie o smaku malinowym 🙂 Z mapy w restauracji wyczytałem, że do kolejnego miasta jest 120km, z czego 67km po szutrze, a najwyższy punkt na trasie sięga na 1342m n.p.m. Trasa nie była trudna, a podjazdy zbyt strome. Było za to dużo jazdy interwałowej. Na jednym kilometrze było czasami kilka zjazdów i podjazdów. Tylko najwyższa część trasy prowadziła klasycznie, najpierw w górę, a potem w dół. Niestety na przełęczy nie było oznaczenia nazwy i wysokości. Znak był postawiony trochę niżej, na skrzyżowaniu w Sassafrass Gap 1295m. Zjazd do doliny zajął mi ponad dwie godziny. Było sporo zakrętów i kamienistych odcinków. W dolinie ponownie pojawił się asfalt, więc było już łatwiej. Do miasta Corryong pozostało mi około 18km. Spanie w namiocie na starej zatoczce przy drodze.

9.05 Nariel Valley – Leather Barrel Campground
113km, 15.4śr, 7h20m, 52.8max, 2-17°C

Dzisiejszy poranek był chyba najbardziej chłodny od początku wyprawy, a to pewnie jeszcze nie koniec chłodów. Wilgotność w nocy także była duża, cały namiot rano mokry i nawet śpiwór w nogach częściowo zrobił się wilgotny. Zapewne od zmarzniętych stóp było mi tak zimno. Rozgrzałem się dopiero 21km dalej w miasteczku Corryong na kawie na stacji paliw. Niestety wszystkie kawiarnie były jeszcze pozamykane. Zrobiłem tylko małe zakupy w małym markecie i ruszyłem dalej. Plan na dziś znów ambitny ponieważ chciałem dojechać do wioski Thredbo, która znajduje się tuż pod szczytem Mount Kościuszko. Kilkanaście kilometrów za Corryong wjechałem do stanu Nowa Południowa Walia i tym samym odwiedziłem już wszystkie duże stany Australii 🙂 Pozostały mi już tylko dwa małe terytoria należące do Australii, w tym terytorium Stołeczne. Do wioski Khancoban było jeszcze w miarę płasko, potem były już tylko same górskie odcinki. Spodziewałem się długiego podjazdu na przełęcz do miasteczka Thredbo, a tymczasem po drodze mijałem wjazd na cztery przełęcze w tym na dwie powyżej 1000m n.p.m. Ogółem pokonałem dziś grubo ponad 2000 metrów przewyższenia czyli prawie tyle ile wynosi wysokość najwyższego szczytu Australii licząc z poziomu morza. Na zjeździe z jednej przełęczy zajechałem do punktu widokowego Scammel’s Lookout, z którego był fantastyczny widok na najwyższy grzbiet pasma Snowy Mountains. Wiele podjazdów i zjazdów na dzisiejszym etapie było naprawdę stromych. Kilka z nich powyżej 12-14%, więc zarówno moje mięśnie jak i hamulce miały dziś co robić. Nocleg na darmowym polu namiotowym Leather Barrel Campground na wysokości ponad 1000m n.p.m. Camping znajduje się przy strumieniu o tej samej nazwie. Jedyną zaletą jego obecności jest czysta, pitna woda. Od strumienia już wieczorem bardzo wiało chłodem, więc rano znów czeka mnie kolejny zimny poranek. Do wioski Thredbo mam około 17km, a potem jeszcze 7km do szczytu. Spanie w odległości 10km w linii prostej od wierzchołka. Plan na jutro tylko jeden. Zdobyć Górę Kościuszki!

10.05 Leather Barrel Campground – Thredbo
46km, -4-8°C

W nocy trochę kropiło, jednak rano udało mi się spakować suchy namiot do worka. Niestety kilka kilometrów dalej rozpadało się na tyle mocno, że godzinę później byłem praktycznie cały przemoczony. Temperatura wynosiła tylko kilka stopni, a na wysokości 1500m n.p.m. zaczął sypać śnieg. Do miasteczka narciarskiego Thredbo wjechałem z myślą ogrzania się, a nie zdobywania „dachu” Australii. Zanim wszedłem do pierwszej restauracji wysłałem wiadomość SMS do Michael’a z Warmshowers, który mieszka w Thredbo. Po chwili dostałem wiadomość zwrotną z adresem i mogłem się udać do apartamentu Michael’a. U Michael’a wziąłem gorący prysznic, zjadłem śniadanie i wysuszyłem ubranie. W międzyczasie przestało padać i na chwilę wyszło słońce. Z Thredbo do szczytu jest niecałe 8km, więc zabrałem się ponownie i ruszyłem w górę. Początkowo nie planowałem wjazdu/wejścia na Kościuszkę z Thredbo, a z przełęczy Charlotte Pass. Niestety od paru dni odczuwam niewielką presję czasu związana z przelotem do Nowej Zelandii i musiałem nieco skrócić i skorygować trasę wyprawy. Z Thredbo w górę można dostać się wyciągiem na wysokość 1925 metrów, szlakiem pieszym lub drogą serwisową. Ja oczywiście wybrałem drogę. Za daleko nie pojechałem ponieważ droga była tak stroma (20%) i grząska po opadach deszczu, że jedynym wyjściem było pchanie roweru pod górę. Jechać udawało mi się tylko na kilku nieco bardziej płaskich odcinkach. Powyżej wysokości 1700 metrów ponownie zaczął sypać śnieg, który towarzyszył mi przez kolejne kilka godzin. Przy górnej stacji wyciągu znajduje się restauracja Eagles Nest, która jest najwyżej położoną w Australii. Tutaj także zaczyna się ścieżką trailowa do Rawson Pass i dalej na szczyt Mount Kościuszko. Jak informują znaki do przejścia w obie strony jest 13km. Aż do Rawson Pass trasa prowadzi po metalowym podeście. Na większych wzniesieniach wykonano parę schodków. Na przełęczy Rawson Pass o wysokości 2100 metrów znajduje się dobrze oznaczone skrzyżowanie dróg, a 70m dalej najwyżej w Australii toalety. Z tego miejsca do szczytu jest tylko 1.67km. W okolicach przełęczy jak i na samym szczycie wiatr wiał najmocniej. Chwilami bardzo porywiście, próbując mnie przewrócić. Na ścieżce, którą widziałem tylko w miejscach, gdzie wiatr rozwiał śnieg leżało około 10-15cm świeżego śniegu. Podejście na szczyt technicznie jest bardzo łatwe, jednak pchanie roweru pod górę przez nawet niewielkie zaspy śniegu i przy mocnym przeciwnym wietrze łatwe nie było. Na szczycie Mount Kościuszko znajduje się tylko kamienny obelisk i tablicą, której nie mogłem odczytać ponieważ była zalodzona. Po kilku minutach na wierzchołku i paru zdjęciach zacząłem schodzić. Chwilami mocny wiatr rozrywał gęste chmury i mogłem zobaczyć zaśnieżoną okolicę. Mount Kościuszko – 2228m n.p.m. (czyt. Kozjosko), najwyższa góra Australii, najwyższy szczyt pasma Gór Śnieżnych w Alpach australijskich, najwyższy szczyt stanu Nowa Południowa Walia oraz najniższy ze szczytów należących do Korony Ziemi zdobyłem dziś ja!! 😀 Przy okazji zdobyłem najwyższą przełęcz Australii, na którą można wjechać pojazdem mechanicznym czyli Rawson Pass. Smak zdobyczy tym bardziej cenny, ponieważ byłem dziś jedyną osobą, która stanęła na wierzchołku. Wejście i zejście zajęło mi ponad 4.5h. Zmarznięty, ale szczęśliwy dotarłem do Thredbo, gdzie ponownie mogłem się ogrzać i osuszyć. Michael na drogę pożyczył mi zimową kurtkę, która bardzo się przydała. Najbardziej zmarzłem w stopy, ponieważ buty rowerowe na śnieg i mróz się nie nadają. Ciężki, mokry, mroźny i śnieżny dzień zakończony zdobyciem dwóch najważniejszych celów wyprawy po Australii z czego jestem najbardziej zadowolony na kończącej się już powoli wyprawie rowerowej.

11.05 Thredbo – Cooma
108km, 5h27m, 19.7śr, 51.8max, -3-15°C
Po wczorajszym szalonym dniu, rano ciężko było wstać z ciepłego i wygodnego łóżka. Na zewnątrz śnieg i -3°C. Dawno nie chodziłem i odczuwałem zmęczone mięśnie w nogach. Podczas śniadania, w australijskiej telewizji usłyszałem wiadomość o rozlanej czekoladzie na autostradzie w Polsce i groźnym froncie pogodowym, który ma przejść z okolicach Melbourne i Canberra. Po tym jak pożegnałem Michael’a i wyszedłem na zewnątrz od razu przypomniała mi się polska zima. Góry, śnieg i mróz 🙂 Oczywiście wolałbym jechać w bardziej letnich warunkach, zacząłem wyprawę w połowie polskiej zimy, a kończę na początku australijskiej. Dobrze, że do miasta Jindabyne miałem w większości w dół. Zmęczone nogi z trudem pokonywały wzniesienia. To właśnie dziś najbardziej przydałby się wolny dzień. W Jindabyne zrobiłem zakupy i zjadłem śniadanie w towarzystwie Sir Pawła Strzeleckiego, którego ogromny monument stoi przy sztucznym jeziorze Jindabyne. Serce rośnie, kiedy się czyta o dokonaniach wielkiego Polaka docenionego w Australii. Niedaleko Strzeleckiego, przy głównej ulicy w mieście znajduje się mały browar o nazwie Kościuszko 🙂 Z Jindabyne skierowałem się do miasta Cooma. Musiałem przejechać przez tamę, objechać dookoła jezioro i pokonać kilka podjazdów. Dalej już było dużo łatwiej. Popołudniu czułem się już na tyle dobrze, że wjechałem na szczyt Mount Gladstone przed Cooma o wysokości 1075m n.p.m. Na górze znajduje się świetny punkt widokowy do obserwacji całej okolicy, miasta i Gór Śnieżnych. Miasto Cooma to oficjalna stolica pasma Snowy Mountains. Tutaj stoi stalowy pomnik Tadeusza Kościuszki, ale niestety go przegapiłem. Spanie w namiocie kółka kilometrów za Cooma. Tuż przed zmrokiem zjechałem z głównej drogi do Canberra i rozbiłem się na polanie pod dwoma wysokimi sosnami. Tak jak lubię, daleko od drogi, schowany, namiot na podłożu z igieł sosny, na polanie kangury… tylko jedna szyszka pod namiotem trochę za bardzo wystawała.

12.05 Cooma – Canberra
106km, 5h14m, 20.2śr, 51.4max, 7-17°C
Tej nocy napewno nie będę dobrze wspominał. Od północy do samego rana był huraganowy wiatr, który szarpał namiotem na wszystkie strony oraz padał deszcz, chwilami tak ulewy, że po paru godzinach w namiocie zrobiła mi się całkiem spora kałuża. W sumie najbardziej ucierpiał jeden but, kawałek śpiwora oraz rękaw bluzy rowerowej. Po wyjściu z namiotu okazało się, że wiatr przewrócił rower i trochę wody nalało się też do sakwy. Wieczorem miałem umówiony nocleg u Piotra w Canberra, więc cieszyłem się, że kolejna noc będzie już komfortowa. Akurat nocleg w Canberra niezbyt mi pasował, ponieważ przez kolejne dwa dni będę musiał wykręcić spore dystanse aby dojechać do Sydney, a po drodze jeszcze małe zwiedzanie i przejazd przez oba miasta, który na pewno będzie czasochłonny. Poranek na szczęście już nie był deszczowy ani mroźny. Silny wiatr tymczasem bardzo pomagał wiejąc w plecy. Na dodatek do Canberra było w dół, więc ponad 100km przejechałem do 13:00. Kilkanaście kilometrów przed samą stolicą wjechałem do Australijskiego Terytorium Stolecznego, które także było moim celem podróży. W ten sposób odwiedziłem wszystkie stany Australii oraz prawie wszystkie terytoria zależne od Australii znajdujące się na kontynencie. Nie udało mi się tylko przejechać przed małe terytorium Jervis Bay, które znajduje się przy wybrzeżu poniżej Sydney. Zapewne i tak zatrzymał bym się tylko na granicy ponieważ całe terytorium do baza wojskowa armii australijskiej. Przed 14:00 poznałem Piotra, który śledził moją wyprawę i zaprosił do siebie kilka tygodni wcześniej. Potem poznałem także, żonę Piotra, Beatę. Ponownie mogłem wziąć gorący prysznic i wysuszyć wszystkie mokre rzeczy. Beata zadbała o to, abym nie był głodny, a Piotr przewiózł mnie samochodem po Canberra, opowiadając przy tym ciekawe historie związane z miastem. Na kolację zjadłem między innymi baraninę popijając piwem Kościuszko, z browaru w Jindabyne, który minąłem wczoraj 😀

13.05 Canberra – Marulan
155km, 19.9śr, 7h46m, 8-20°C
Po nocy spędzonej w suchym, ciepłym i wygodnym łóżku, po porannej kawie i śniadaniu, pożegnałem Piotra i Beatę i ruszyłem w kierunku ścisłego centrum Canberra. Po kilkunastu chłodnych dniach w końcu poranek był nieco cieplejszy i przede wszystkim nie zanosiło się na deszcz. Nawet wiatr sprzyjał delitkanie dmuchając z tylu. Za dużo czasu na zwiedzanie nie przeznaczyłem. W sumie to tylko przejechałem przez główną część miasta po drodze robiąc zdjęcia. Cieszyłem się z powodu niedzieli, ponieważ na ulicach nie było zbyt wielu samochodów. Przejechałem obok starego i nowego parlamentu, katedry Św. Krzysztofa, biblioteki narodowej, Anzac Park. Wyjazd z miasta trochę utrudniły mi roboty drogowe (budowa linii tramwajowej), przez które musiałem zjechać z głównej drogi i pokręcić się na objazdach. Za miastem wjechałem na autostradę M23 oraz M31, Remembrance Highway z Canberry do Sydney. Dwa pasy w każdym kierunku, szeroki pas awaryjny z możliwością poruszania się na rowerze i parkingi co 15-20km. Wiatr sprzyjał, więc średnia prędkość rosła z każdą godziną. Jechało mi się dobrze pomimo pagórków i coraz większego ruchu popołudniu. Aby trochę odpocząć od hałasu na autostradzie, zjechałem do miasta Goulburn, w którym była widoczna z daleka, ogromna makieta owcy. Miasto zapewne słynie w wyrobu wełny Merino, na ulicach widziałem wiele napisów związanych z tym rodzajem cieplej wełny, z której między innymi uszyta jest moja bielizna termiczna. Pół godziny przed zmrokiem zjechałem z autostrady w wiosce Marulan, w której była duży punkt obsługi kierowców. Nocleg poraz ostatni w Australii w namiocie na parkingu za stacją paliw. Do Sydney 165km. Jutro przed zmrokiem chcę dojechać do opery w Sydney i zrobić tam sobie zdjęcie kończące wyprawę po Australii. Potem udam się na lotnisko, gdzie następnego dnia rano mam lot do Nowej Zelandii.

14.05 Marulan – Sydney !!
213km, 11h47m, 18.0śr, 46.6max, 9-21°C
Wyprawa po części australijskiej dobiegła końca! W nocy udało mi się dojechać do lotniska w Sydney, gdzie zakończyłem ponad 70-cio dniową przygodę po Australii. Ostatniego dnia pobiłem dwa rekordy wyprawy, a także przekroczyłem 9000km. Pokonałem najdłuższy dystans prawie 213km oraz najdłuższy dzienny czas jazdy wyprawy wynoszący 11 godzin i 47 minut. Licznik na lotnisku zatrzymał się na liczbie prawie 9159km pokonanych z Perth. Poranek oraz przedpołudnie niczym się nie wyróżniało. Bardzo sprawnie i szybko jechałem przed siebie pasem awaryjnym po autostradzie M31. Pogoda sprzyjała, wiatr także, a średnia prędkość przekraczała 21km/h. Dopiero przed miastem Campbelltown autostrada zmieniła status z Freeway na Motorway i pomimo braku zakazów poruszania się rowerem zjechałem na starą drogę Old Hume Hwy. Na autostradzie zrobił się spory ruch i straszny hałas, więc i tak chciałem zjechać z tej ruchliwej trasy nawet kosztem pokonania kilku kilometrów więcej. Część trasy z Campbelltown do Liverpoolu udało mi się pokonać świetną drogą rowerową wzdłuż autostrady. Potem jechałem wzdłuż drogi A34, co jak się okazało nie było dobrym pomysłem. Na tej drodze dość szybko skończyły się bike pasy, potem zrobiło się ciemno i przez jakiś czas jechałem chodnikiem. Potem niestety nawet nie było chodnika, więc po ciemku, na ruchliwej, dwupasmowej drodze bez pasa awaryjnego musiałem przez chwilę jechać po trawniku. Blisko centrum Sydney ponownie wjechałem na drogę rowerową prowadzącą do miasta. Ulica George Street doprowadziła mnie do celu podróży czyli słynnej opery w Sydney. Tutaj miałem przyjemność oglądać z bliska nie tylko operę, ale także most Sydney Harbour Bridge oraz wysokie wieżowce dookoła. Wszystko to w nocnej odsłonie i blasku tysięcy różnokolorowych świateł. Praktycznie z samego centrum aż do lotniska przejechałem ulicą Bourke Street Po której została poprowadzona droga rowerowa. Ty razem dużo wygodniej było wyjechać z miasta, niż do niego wjechać. Pod terminal lotniska podjechałem dopiero około godziny pierwszej w nocy. Rozkręcenie roweru i spakowanie wszystkich rzeczy w torbę rowerową zajęło mi prawie godzinę.
Kolejną godzinę musiałem spędzić przed wejściem do terminalu, ponieważ od północy do trzeciej lotnisko było zamknięte. Starając się ograniczyć wagę bagażu musiałem pożegnać przyczepkę Extrawheel. Pomimo, że to najlżejsza jednokołowa przyczepka świata, to razem z nią mój bagaż przekroczył by dopuszczalne 30kg i musiałbym słono płacić za nadbagaż. Poza tym na krótką podróż po Nowej Zelandii, nie potrzebuję już dodatkowej przestrzeni bagażowej. Poza tym wydłużona już wieloma wyprawami piasta z dynamo na ostatnich kilkuset kilometrach złapała trochę luzów, więc na kolejną podróż tego koła już bym i tak nie zabrał, a samego szkieletu przyczepki też nie chciałem wozić ze sobą przez pół świata. Razem z przyczepką w Australii zostały dwie najbardziej wysłużone sakwy, trochę starej odzieży, dziurawa dętka i kilka innych niepotrzebnych rzeczy. Waga na odprawie pokazała niecałe 26kg, więc wyszło idealnie.

Dystans ogółem : 9158 km !!